Nie planowałam zajmować się wyborami na wójta, a już na pewno nie przypuszczałam, że lokalna kampania pochłonie tyle mojego czasu. Wszystko zaczęło się podczas spotkania ze znajomymi na tarasie, kiedy rozmowa zeszła na wybory i padło pytanie, czy można byłoby spotkać się z kandydatami, posłuchać ich i dowiedzieć się, co mają do zaproponowania mieszkańcom. Pomyślałam, że warto spróbować, i tak zwyczajna rozmowa stała się początkiem całkiem sporego przedsięwzięcia.
Ponieważ nie jestem stąd, nie uczestniczę w wieloletnich lokalnych sporach ani nie mam własnej historii z każdym, kto dziś pojawia się w wyborczej dyskusji. Daje mi to nieco inną perspektywę, choć oczywiście nie czyni mnie osobą, która wie lepiej. W małej społeczności wiele informacji krąży z ust do ust, a wraz z nimi cudze oceny i interpretacje. Uznałam więc, że zamiast poprzestawać na tym, co się słyszy, spróbuję dotrzeć do dokumentów, sprawdzić fakty i przyjrzeć się zarówno kandydatom, jak i sprawom, które będą miały znaczenie dla przyszłości naszej gminy.
Tak wciągnęłam się w poszukiwania, że od 25 września do 13 października opublikowałam kilkanaście tekstów, przygotowałam cztery jednakowe pytania dla kandydatów, wysłałam zaproszenia, kupiłam mikrofony. Nie zakładałam, że moje wpisy będą później cytowane przez Krzysztofa Barana i „Nowiny bez Fikcji”, ani że sprawa, którą zaczęłam z własnej ciekawości, wyjdzie poza ramy mojego profilu. Z czasem zrozumiałam też, ile uwagi wymaga takie zajęcie, jeśli chce się rzetelnie sprawdzać informacje i nie pisać na podstawie samych przypuszczeń.
Jest jeszcze jedna rzecz, która coraz bardziej mnie uwiera: przekonanie, że jeśli człowiek krytycznie wypowiada się o jednym, to musi popierać drugiego. Znam to z polityki krajowej, gdzie krytyka Karola Nawrockiego bywa automatycznie odczytywana jako poparcie dla Donalda Tuska. W naszej gminie mechanizm jest podobny. Tymczasem ja nie szukałam kandydata, któremu mogłabym kibicować, lecz chciałam przyjrzeć się ludziom, ich działaniom, poglądom i propozycjom, a zebrane informacje zostawić mieszkańcom do samodzielnej oceny. Nie zamierzam należeć do żadnego obozu tylko dlatego, że zadaję pytania.
Właściwie decyzję o wycofaniu się podjęłam jeszcze przed publikacją ostatniego materiału. Nie chciałam jednak porzucać w połowie czegoś, co sama rozpoczęłam, dlatego doprowadziłam do końca pomysł z czterema pytaniami i opublikowałam rozmowę z kandydatem, który zgodził się w niej uczestniczyć. Teraz mogę uznać tę część pracy za zakończoną i wrócić do codzienności, która przecież nie składa się wyłącznie z obserwowania tego, co dzieje się w internecie.
Wojtek zapytał mnie kiedyś: „Kobieto, po co ci to?”. Nie była to zła uwaga, bo przecież mam co robić. Czekają płótna i farby, książki, dom, ogród, a także wszystkie drobne przyjemności, na które ostatnio brakowało mi czasu. Lubię przygotować coś dobrego do jedzenia, usiąść z Wojtkiem, porozmawiać bez pośpiechu i cieszyć się tym, co mamy. Nie muszę przecież za każdym razem włączać się w sprawy, które akurat rozgrzewają internet.
Dlatego odinstaluję Facebooka z telefonu. Konta nie zamykam, nie obrażam się na ludzi i nie ogłaszam końca świata. Chcę jedynie odzyskać kontrolę nad własnym czasem, zamiast odruchowo sprawdzać kolejne wpisy, komentarze i powiadomienia. Wystarczy, że telefon leży obok, a człowiek już myśli, czy coś nowego się wydarzyło. Tymczasem ogród nie poczeka, obraz sam się nie namaluje, a książka nie napisze.
Mam też pewien pomysł na jedną ze starych desek: napiszę na niej „Dom wolny od debat politycznych” i postawię na tarasie albo przy płocie. Oczywiście żartobliwie, bo goście nadal będą mile widziani, rozmowy również, a dobry obiad nie wymaga przecież dyskusji o przyszłości gminy. Czasem wystarczy porozmawiać o życiu, pośmiać się i pobyć razem.
Dziękuję wszystkim, którzy czytali moje teksty, dzielili się swoimi przemyśleniami i podejmowali rozmowę, także tym, którzy patrzyli na pewne sprawy inaczej niż ja. Wymiana zdań ma sens wtedy, kiedy możemy się różnić, a mimo to traktować siebie nawzajem z szacunkiem.
Przypomniały mi się słowa Jacka Walkiewicza: „Nie ratuj świata, ratuj siebie”. Nie chodzi o to, by odwracać się od spraw ważnych, lecz by pamiętać, że własne życie też zasługuje na uwagę. A ja mam jeszcze tyle do namalowania, napisania i przeżycia, że chyba najwyższy czas przestać odkładać to na później.
Na razie wybieram swoje obrazy, książki, ogród, gotowanie i spokojne chwile z bliskimi. Zobaczę, co przyniesie czas, ale na dziś wystarczy mi już wyborczych emocji. Czas wrócić do siebie.

Komentarze
Prześlij komentarz