Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2025

Gala polityczna - czyli statuetki na które nikt nie czekał

  Rok w polityce można podsumować na wiele sposobów. Można liczyć punkty, zwycięstwa i porażki. Można krzyczeć, kto zawinił bardziej. A można też — po prostu — spojrzeć z dystansu, jak na film, który oglądało się długo: czasem z irytacją, czasem z niedowierzaniem, a czasem z narastającym zmęczeniem. Dlatego wyobrażam sobie dziś galę. Bez czerwonego dywanu, bez fleszy. Z nagrodami przyznawanymi z ironią, ale i z uważnością. Największa tragedia roku Największą tragedią są politycy, dziennikarze i dezinformacja, które razem tworzą duszną atmosferę nieufności i chaosu. Politycy mówią coraz ostrzej, media coraz częściej wybierają emocję zamiast faktu, a dezinformacja krąży szybciej niż sprostowania.

Gdyby dzisiaj narodził się Jezus

  Zdjęcie przejścia dla pieszych. Zimowy poranek. Kilkoro ludzi idących przez ulicę — kurtki, plecaki, kaptury. Zwykły kadr z miasta. To zdjęcie Janusz Kowalski publikuje na platformie X, w Wigilię  opatrując je komentarzem: "Godz. 10.20 centrum Warszawy. Kolejni inżynierowie z Afryki wpuszczeni przez Tuska do Polski. Musimy zatrzymać pakt migracyjny, utworzyć urząd ds. deportacji i obronić Polskę przed zalewem migrantów. Zerojedynkowo"  Kilka godzin później, tego samego dnia czyli w Wigilię , ten sam polityk publikuje życzenia świąteczne: „Niech narodzony Jezus Chrystus napełni Wasze serca pokojem, radością i nadzieją”.  I mnie to naprawdę zatrzymuje. Nie jako osobę piszącą felietony . Nie jako osobę o określonych poglądach. Tylko tak po ludzku. Bo jak w ciągu kilku godzin przejść od języka strachu, odczłowieczania i alarmu do słów o pokoju, radości i nadziei? Jak jedną ręką pisać o „zalewie migrantów” i „deportacjach”, a drugą składać życzenia w imię narod...

Gdzie się podziała świąteczna dobroć?

  Nie pisałam felietonów tuż przed świętami. Pomyślałam, że skoro Bóg się rodzi, skoro mówimy o pokoju, pojednaniu, wybaczeniu – to może warto choć na chwilę zamilknąć. Dać sobie i innym oddech. Nie dolewać oliwy do ognia, który i tak płonie przez cały rok. I chyba wtedy po raz pierwszy przyszła mi do głowy myśl, trochę wstydliwa: czy ja naprawdę jestem aż tak naiwna? Bo świat nie zamilkł. Internet nie zwolnił. Politycy – ani na moment. Patrzyłam, jak jedni drugim skaczą w komentarzach do gardeł, jak święta nie zatrzymują języka, jak opłatek nie przechodzi przez klawiaturę. Jakby stajenka była tylko dekoracją, a nie przypomnieniem, że człowiek jest ważniejszy niż racja.

Na Święta

 

Jeśli nie stąd, to skąd?

  Karol Nawrocki nie daje od siebie odpocząć. Ledwie człowiek zdąży zająć się codziennymi sprawami, a tu kolejne weto, kolejne wystąpienie i kolejne zapewnienie, że wszystko odbywa się w imię dotrzymywania obietnic. Tym razem chodzi o zawetowanie ustaw dotyczących podwyżki akcyzy na alkohol oraz opłaty cukrowej . Prezydent tłumaczy swoją decyzję prosto i konsekwentnie: w kampanii wyborczej obiecał, że nie będzie podpisywał ustaw podnoszących podatki – więc teraz dotrzymuje słowa. Wielu ludzi to chwali. Słyszę: że dba o obywateli, że nie sięga do kieszeni, że jest uczciwy i przewidywalny. I właśnie w tym miejscu zaczynam się gubić.

Prezydent od podziałów -gdy symbole zaczynają dzielić ludzi

  Do Świąt naprawdę chciałam już nie pisać. Obiecałam sobie ciszę. Zmęczona słowami, komentarzami, polityką wchodzącą do domów brudnymi butami. Myślałam, że wystarczy zapalić lampki, postawić gałązki świerku w słoju i wrócić myślami do spraw prostych. Ale nie da się milczeć, kiedy ktoś z premedytacją porusza kolejne struny społecznej nieufności. Tym razem – Okrągły Stół.

O żółci, papierach i wojnie, która nie chce się skończyć

Sławomir Cenckiewicz znów wyciąga papiery.  Te, które już były omawiane, mielone, interpretowane, rozkładane na czynniki pierwsze. I znów mają one udowodnić jedno: że Donald Tusk był, jest lub pozostaje politykiem podejrzanym, uwikłanym, niegodnym. To nie jest już praca historyka ani badacza. To jest gest wojenny.

Miłość polityczna: Nawrocki & Trump. Związek jednostronny

  Kiedy słuchałam, jak Karol Nawrocki powtarzał w kampanii, że „ nie Europa, a Stany Zjednoczone są naszym prawdziwym sojusznikiem”, miałam wrażenie, że zaraz ktoś puści fanfary, a zza rogu wyjedzie biały Mustang z gwiazdami i pasami. Taki, wiecie… amerykański sen w polskiej wersji. W Sejmie część posłów PiS-u klaskała tak, jakby właśnie ogłoszono lądowanie Trumpa na lotnisku w Olsztynie, a Kaczyński z tej radości prawie zapomniał, że jego ulubioną rozrywką jest wyliczanie wrogów w Europie. Niemcy, Francuzi… cała ta „zgniła” część świata, która jakimś cudem daje nam dotacje, rynek zbytu i standardy życia.

Pereira i cena wypowiedzianego słowa czyli fałszywe newsy, prawdziwe konsekwencje

 Bywają w mediach postacie, które zdają się żyć z tego, że mówią ostro, pewnie, bez cienia wątpliwości — nawet wtedy, gdy ich słowa mijają się z prawdą. Jedną z takich osób był przez lata Samuel Pereira, twarz telewizji publicznej za rządów PiS. Człowiek, który zaginanie rzeczywistości uczynił codziennym rzemiosłem. W TVP Info był kimś więcej niż tylko pracownikiem. W czasach, gdy media publiczne zamieniły się w polityczny megafon, on należał do głównych realizatorów tej narracji. Po zmianie władzy w 2023 roku jego odejście z TVP było naturalnym skutkiem przeglądu kadr — nie przedłużono mu kontraktu, bo nowa ekipa zaczęła porządkować stację i rozliczać lata propagandy. Czy to kara? Czy konsekwencja? Dziś patrzymy na to już z dystansu.

Kiedy śnieg stopniał, widać krypto‑powiązania — weto, sponsorzy i zwykły człowiek

 Jeszcze niedawno świat za oknem wyglądał jak z obrazka. Biały puch otulił wszystko — nasze brzozy, starą ścieżkę prowadzącą do stodoły, trawy, które o tej porze roku zwykle wyglądają jak zgaszone. Takie dni lubię najbardziej: cisza, że aż słychać własne myśli. A potem śnieg stopniał i została tylko szarość, ta najzwyklejsza, wilgotna, która wciska się pod kołnierz.

Kiedy jedno zdanie odwraca sens. O manipulacji, która wczoraj aż krzyczała z ekranu

 Wczoraj internet należał do zdrowia. Nagle wszyscy mówili o lekarzach, pielęgniarkach, obietnicach, zagrożeniach, konferencjach. W tym całym szumie jedno mnie zatrzymało. Słowa. A raczej – sposób, w jaki można je tak obrócić, że zmieniają sens. 1. Tusk mówi jedno, Nawrocki sugeruje drugie Najpierw usłyszałam proste zdanie Tuska: „Pielęgniarki i lekarze, osoby które walczą o nasze życie, muszą dobrze zarabiać.” Zdanie jak filiżanka herbaty — ciepłe, spokojne, neutralne. A potem — konferencja prezydenta Nawrockiego. I już zupełnie inny ton: „Nie dopuszczę do tego, żeby lekarze mniej zarabiali.” I tu zaczyna się manipulacja. Bo jeśli ktoś „nie dopuści”, to znaczy, że ktoś inny chce obniżać . Nikt tego nie powiedział, ale… zasugerowane zostało wszystko. Jedno zdanie potrafi zaszczepić w głowie strach, którego nie było. I nagle polityk staje się „obrońcą lekarzy”, choć nikt na nich nie zamierzał „atakować”. To nie jest troska. To jest retoryka strachu . 2. Zrzucanie winy...

Byle nie Trzaskowski… i co z tego mamy?

  Pamiętam, jak przed wyborami krzyczało pół internetu: „byle nie Trzaskowski!” . Jakby to hasło miało rozwiązać wszystkie problemy, uleczyć kompleksy, naprawić świat. Nie trzeba było mówić, co się chce – wystarczyło wiedzieć, czego się nie chce. I oto mamy. Cztery miesiące później emocje opadły, a fakty zaczęły mówić same za siebie. Siedemnaście wet.

Szczęście jest wyborem - słowa Agnieszki Maciąg

Wczoraj montowałam film o spokoju, który nas otacza. Sama nie wiem, czy udało się uchwycić to, co naprawdę czuję, ale próbowałam zatrzymać w kadrze coś bardzo ulotnego — ciszę, która nie jest pustką, tylko czymś żywym, obecnym, delikatnym. Coraz częściej mam wrażenie, że żyję w dwóch równoległych światach: jednym, który tworzę sama — spokojnym, uważnym, wolnym od pośpiechu — i drugim, który krzyczy, dudni, narzuca się z każdej strony. I którego coraz mniej rozumiem. 

Łańcuchy, weto i spokojne sumienie

  Kiedy usłyszałam, że prezydent zawetował ustawę o psach na łańcuchach, siedziałam na kanapie z kubkiem ciepłej herbaty i pomyślałam: No dobrze, to tyle jeśli chodzi o troskę o słabszych. I wiesz, co zrobiłam chwilę później? Uśmiechnęłam się do siebie. Bo mogę sobie spokojnie spojrzeć w oczy i powiedzieć zupełnie szczerze: ja na niego nie głosowałam . I jestem wdzięczna samej sobie za tamtą decyzję.

Wojna polsko-polska bez jednego wystrzału

 Zawsze myślałam, że wojna zaczyna się od huku. Od czołgów, od mundurów, od ostrych komend. A dziś widzę, że wojna potrafi wejść do życia po cichu — bez jednego wystrzału. Wystarczy kilka słów wypowiedzianych w złym tonie. Jedno „weto” postawione tylko po to, by „tamtym” coś się nie udało. Jedna decyzja, której sens znika w oparach politycznej gry. Patrzę na Karola Nawrockiego i widzę człowieka, który poszedł na wojnę ze wszystkimi naraz. Z Czarzastym. Z Sikorskim. Z Tuskiem. Z rządem jako całością. A czasem mam wrażenie, że nawet z obywatelami, bo trudno inaczej nazwać działania, które uderzają w państwo, a przez to w nas wszystkich. Najbardziej zadziwia mnie, że w tym wszystkim nie ma impulsu, chwili słabości, nerwowego gestu.

Śnieg przykrył brudy, ale nie weto

  Spadł śnieg. Taki miękki i biały, że aż chce się przymknąć oczy — i zatrzymać w sobie widok naszego  ogrodu, spokojnego i cichego, przykrytego puchatym dywanem. W tej bieli wszystko wydaje się lżejsze, prostsze, spokojniejsze. Mogłabym patrzeć tak godzinami i zapomnieć o hałasie świata. Jednak,  czasem — zaczyna kusić ciekawość, żeby zerknąć, co dzieje się poza naszą  małą republiką. I wtedy wystarczy jedno spojrzenie na ekran — i znów się zaczęło. Znowu wyskoczył królik z kapelusza, i znowu ktoś machnął papierami: „weto”. Nie, nie jakieś drobne weto, ale takie które potrafi  przyćmić  poczucie sprawiedliwości.

Kiedy milczenie staje się zgodą na zło

  „O narracjach, które mogą nas drogo kosztować” Czy znacie narrację Ewy Zajączkowskiej-Hernik dotyczącą wojny w Ukrainie? To głos, który przebija się coraz głośniej: nie angażować się, nie drażnić Putina, najpierw patrzeć „na interes Polski”. W jej wypowiedziach powraca wciąż ten sam motyw — że pomoc Ukrainie jest przesadzona, że powinniśmy trzymać dystans, że to wszystko „nie nasza wojna”. Ta narracja staje się dziś coraz popularniejsza. W komentarzach pod jej filmami widać, jak wiele osób powtarza ją jak mantrę. I nie chodzi nawet o racjonalny sceptycyzm, tylko o przekonanie, że wystarczy odwrócić wzrok, by wojna przestała nas dotyczyć. Jakby Putin potrzebował naszej zgody, a nie słabości. Tymczasem kilka dni temu usłyszałam w Parlamencie Europejskim zdanie, które wybrzmiało jak zimny, potrzebny prysznic. Joanna Scheuring-Wielgus powiedziała:

Fakty kontra teatr emocji — komentarze Agnieszki Wojciechowskiej van Heukelom wobec Czarzastego

 Niedzielny poranek. Za oknem wciąż ciemno, wiatr szarpie gałęzie, a ja włączam komputer bez żadnego planu. Bo ja naprawdę planów nie mam. Tematy same przychodzą — coś mignie w sieci, coś mnie zdziwi, czasem rozśmieszy, czasem oburzy, i nagle wiem: „to warto sprawdzić”. Ostatnio padło na Włodzimierza Czarzastego. Człowieka mi zupełnie obcego, więc łatwiej o nim pisać — bez sympatii, bez antypatii, z dystansu. Zajrzałam do źródeł, przeczytałam, co mu się zarzuca, jakie decyzje podjął i co ludzie o tym myślą. I wtedy trafiłam na profil pani Agnieszki Wojciechowskiej van Heukelom. Pani Agnieszka ma dar: pisze ostro, z przytupem i przyklejoną do każdego zdania pogardą. „Stary komuch”, „zaleczony alkoholik”, „traktuje innych jak nałogowców”, „afera, ktoś nie przeżył” — i tak w kółko, z komentarzami, które zamiast tłumaczyć, jedynie podkręcają emocje.

Zimowy poranek, dwie sarny i telewizja Republika, która robi ludziom wodę z mózgu

 Zimowy poranek na Warmii potrafi zatrzymać człowieka w pół kroku. Świat przykryty białą kołdrą. Widok z okna mojej pracowni zachwyca. W ogrodzie znowu te same dwie sarny. Przychodzą jak na umówione spotkanie, skubiąc ostatnie zielone listki wierzb, jakby nie było na świecie ani polityki, ani gniewu, ani propagandy. Przez chwilę patrzę na nie i myślę, że tak mogłoby wyglądać życie: proste, ciche, naturalne. Ale wystarczy kliknąć w wyszukiwarkę — i ten poranny spokój pęka jak cienka skorupka lodu pod butem. Dzisiaj wpisałam: Telewizja Republika . Pierwsze, co mi się wyświetla — „wydanie specjalne o wysadzeniu torów”. W studiu trójka ekspertów, nazwiska wypowiedziane z wielkim przekonaniem, choć nic mi nie mówiły. Prowadzący: pan Michał Rachoń. 

Nawrocki i półprawdy, które podsycają gniew

  Leżałam wieczorem w łóżku, przeglądałam internet, jak to się robi między wypiciem melisy a gaszeniem lampki nocnej. I trafiłam na wypowiedź prezydenta Karola Nawrockiego — tak mocną, że aż mnie podniosło do pozycji siedzącej. Jego rzecznik opublikował słowa, które brzmiały jak polityczny werbel: „Prezydent RP Karol Nawrocki oczekuje od polskiego rządu, żeby zażądał zwrotu, w ostateczności wykupił wszystkie pamiątki po Ofiarach zbrodni niemieckich na ziemiach polskich, a koszt tego przedsięwzięcia doliczył do ogólnego rachunku reparacyjnego.”

"Dom dobry "- o filmie

  Są takie filmy, o których mówi cała Polska. Wystarczy otworzyć internet, żeby zobaczyć dziesiątki opinii, dyskusji, sporów. Tak jest dziś z „Domem dobrym” Smarzowskiego. I choć tego filmu nie widziałam, to jednak postanowiła wyrazić swoje zdanie.  Chciałam iść do kina. Byłam już prawie gotowa zamówić bilet, kiedy trafiłam na krótką wypowiedź psychologa. Powiedział dokładnie to, co czasem przemyka nam przez głowę, ale rzadko wypowiadamy na głos: że jeżeli ktoś ma za sobą doświadczenia przemocy albo bardzo głębokie rany emocjonalne , to nie ma obowiązku wkładać palca w to miejsce jeszcze raz. Że nie każdy film jest dla każdego. Że czasem odwaga polega na tym, żeby odpuścić — a nie na tym, by sobie coś udowadniać. Ta myśl mnie zatrzymała.

Jak zostałam kurwą (przepraszam za dosadny tytuł )

 Dopadła mnie angina. Odebrała mi na początku mowę, a przez wysoką temperaturę także jasność myślenia. Antybiotyki zadziałały — będę żyła. Jest lepiej. Ci, którzy mnie śledzą, wiedzą, że od zawsze lubiłam pisać. Psychologia towarzyszy mi od siedmiu lat, odkąd doszłam do wniosku, że jeśli nie poznam własnych mechanizmów, będę obwiniać cały świat — i wszystkich napotkanych ludzi — za swoje niepowodzenia i frustracje. Dopiero kiedy zaczęłam je rozumieć, mogłam spojrzeć na siebie i swoje reakcje bez poczucia winy wobec innych. Zrozumiałam siebie. Przestałam drążyć — wiem już wystarczająco. Trzeba iść dalej. Ale nie o tym chciałam. Leżąc tak, przeglądałam Facebooka. Konto mam od niedawna. Założyłam je z bardzo egoistycznego powodu — żeby moje felietony nie zostawały wyłącznie w mojej głowie, ale szły szerzej. Algorytmy szybko wyczuły, co czytam i o czym piszę, więc zaczęły podsuwać mi różne wątki.

„Po pierwsze Polska? Po pierwsze człowiek.”

 Wróciłam z Gdańska do naszej Republiki tuż przed 11 listopada. Spacerując po mieście, po raz pierwszy od dawna przyjrzałam się mu tak naprawdę – z dystansem i zachwytem. Kiedy wraca się do Gdańska po dłuższej nieobecności, widać wyraźnie, jak bardzo to europejskie, otwarte miasto. Tętni historią, ale oddycha współczesnością.  A potem przyszedł dzień, w którym cała Polska świętowała. Nie pisałam o święcie. Chciałam się po prostu przyjrzeć. Z boku. Jak obchodzimy ten dzień, co mówimy, co śpiewamy, jak wyglądają nasze wspólne święta.

Pierwsza Dama - moimi oczami

Przez przypadek trafiłam na wypowiedź Manueli Gretkowskiej o Pierwszej Damie. Mocną, jak to u niej. Napisała, że Marta Nawrocka wygląda sympatycznie, ale jej postawa może budzić grozę. Zastanowiło mnie to. Nie dlatego, że lubię polemizować z Gretkowską, ale dlatego, że coś w tym było. W jej felietonie było drżenie między podziwem a ironią, między stylem „Vivy” a rzeczywistością, w której kobieta z Pałacu mówi o empatii i wspólnocie, ale nie o wyborach, które naprawdę coś znaczą.

A prawda leży gdzieś po środku

  Nazwisko Bożeny Batyckiej znów wróciło do obiegu. Przez lata kojarzona była z luksusem, elegancją i prestiżem. Marka jej nazwiska – Batycki – stała się symbolem sukcesu polskiego biznesu lat 90. Torebki z charakterystycznym bursztynem nosiły znane kobiety, a sama projektantka była stałą bywalczynią salonów i mediów. Potem wszystko się posypało: konflikty wewnątrz firmy, długi, procesy sądowe, utrata marki.

„Nie tylko nauczyciele – refleksje o pracy i emeryturach”

  Dwa dni temu zobaczyłam na profilu premiera Tuska rolkę z nauczycielkami, które poszły zawalczyć o swoje. Jedna z nich mówiła, że po dwudziestu latach pracy ma niespełna sześć tysięcy złotych. Pomyślałam — dobrze, że poszły, dobrze, że mówią o tym publicznie. Bo zawód nauczyciela jest trudny: wymaga cierpliwości, odporności i serca do młodych ludzi, którzy dziś bywają zagubieni i głośni. Praca trwa nie tylko w czasie lekcji, ale też poza nimi, z przygotowaniami i troską o uczniów.

Dwa oblicza kobiecości – o świetle i cieniu w nas

  Ostatnio coraz częściej myślę o tym, jak różne potrafimy być — my, kobiety. Nie tylko z wyglądu czy stylu życia, ale w sposobie, w jaki wchodzimy w relacje ze światem i z innymi kobietami. W poniedziałek  odwiedziły nas dwie kobiety – Maria, którą nazywam Makową Panienką, i Małgorzata. Obie twórcze, zaangażowane, pełne życia. Rozmawiałyśmy o pasji, o tym, jak w codzienności znaleźć przestrzeń na tworzenie. I to spotkanie zostawiło we mnie coś ciepłego — przypomnienie, że kobiecość ma w sobie ogromną siłę budowania, wspierania, inspirowania.

Wieczór po stronie światła

 Po całym weekendzie poczułam, że mam dość internetu. Za dużo słów, ocen, emocji. Za dużo świata, który krzyczy. Nie oglądam wiadomości w telewizji — w naszym domu telewizor służy raczej do filmów niż do codziennego hałasu. Ale czasem ten krzyk i tak wdziera się przez ekran telefonu. Wystarczy kilka minut – komentarze, nagłówki, rozmowy, w których coraz mniej jest słuchania, a coraz więcej złości. Więc wczoraj odcięłam się. Zrobiłam sobie mały detoks. Wojtek położył się na popołudniową drzemkę — był zmęczony pisaniem swojej nowej książki, tej, na którą czekam z niecierpliwością. Wiem, jak bardzo się w nią zanurza i jak wiele serca w nią wkłada.

Nie mam racji. I wcale nie muszę jej mieć.

Wczoraj napisałam felieton o nierównościach i podatkach. O tym, że prezes NBP zarabia 115 tysięcy, a ekspedientka ledwo wiąże koniec z końcem. Nie broniłam żadnej partii – pisałam o niesprawiedliwości systemu.  Wyjątkowo opublikowałam ten post na YT zakładce "posty" A potem przyszedł  komentarze. „Nie ma pani racji.” „Tusk na wszystko się zgadza.” „Obecny rząd niszczy polskie rolnictwo.” I nagle zrozumiałam, o czym tak naprawdę chciałam napisać.

Jesienny list (nie) do Tuska i Nawrockiego

  Od rana chodzi mi po głowie taki felieton. Skoro młoda dziewczyna jak Dominika Lasota może być aktywistką i mówić w wywiadzie, że premier Tusk „mógłby sypnąć groszem dla asystentów, a nie wszystko na zbrojenia” – to pomyślałam sobie: a może i ja powinnam coś powiedzieć?

Dominika Lasota- młoda gniewna

  Hejt na panią Dominikę Lasotę dotarł nawet do mnie, tu, na moją wieś, gdzie politykę coraz częściej oglądam z bezpiecznego dystansu. Zobaczyłam jej wystąpienie w Piotrkowie Trybunalskim, kiedy przerwała Donaldowi Tuskowi w pół zdania. W rękach baner z napisem „Już jeden rząd obaliliśmy” . I choć pani Dominika mówi o sprawach ważnych, to sposób, w jaki to robi, budzi we mnie raczej smutek niż podziw.

Kawalerka miłosierdzia

  No i stało się. Słynna kawalerka pana Jerzego, ten maleńki gdański symbol zaufania i dobrej woli, wreszcie znalazła nowy dom. Nie, nie u pana Jerzego. Nie wśród tych, którzy obiecywali mu opiekę, ciepło i „dożywotnie wsparcie”. Kawalerka trafiła… do Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Dobroczynnego. Brzmi pięknie, prawda? Prawie jak bajka o dobrym uczynku, tyle że z morałem nie dla dzieci, tylko dla dorosłych.

W drugą rocznicę, między obietnicą a pamięcią

  Pani Dominika, która pisze do Gazety Wyborczej , opublikowała ostatnio film podsumowujący dwa lata obecnego rządu. Rocznica minęła 15 października Obejrzałam go z zainteresowaniem, bo lubię, gdy ktoś próbuje spojrzeć na rzeczywistość z dystansem, a nie przez partyjne okulary. To mnie zainspirowało, by przypomnieć sobie, że w polityce – kiedy kogoś się chwali albo gani – warto, a może nawet trzeba, starać się być obiektywnym.

W jednej ręce nóż, w drugiej różaniec

  Coraz rzadziej śledzę polityczne potyczki. Kiedyś emocjonowałam się nimi bardziej, dziś częściej pochylam się nad psychologią – bo to ona pomaga zrozumieć siebie, a przez to trochę lepiej zrozumieć świat.

„Uśmiechnięta Polska? Wolę uśmiechnięte życie.”

 Kiedyś takie komentarze potrafiły mnie naprawdę zdenerwować. Czułam się atakowana, niezrozumiana. Dziś reaguję inaczej. Dziś niektórzy ludzie już mnie nie irytują. W pewnym sensie jestem im nawet wdzięczna — bo gdyby nie oni, nie miałabym pomysłów na felietony. A tak – proszę bardzo, palce same tańczą po czarnej klawiaturze.

Czy można odejść nie zawodząc

  Lubiłam go. Powiem więcej — to dzięki niemu zaczęłam oglądać obrady Sejmu. Nie dlatego, że nagle pokochałam politykę, ale dlatego, że pojawił się w niej ktoś, kto przypominał człowieka z krwi i kości. Nie z tektury, nie z partyjnych haseł. Z poczuciem humoru, dystansem i błyskiem w oku, który nie był cyniczny.

6 zasad zdrowego rozsądku dla prostszego życia

  Znalazłam na blogu BBM sześć prostych zasad. Brzmią banalnie, ale w praktyce są trudniejsze niż niejeden życiowy egzamin. Postanowiłam je zachować tutaj – dla Was, ale też dla siebie. Żeby wracać, kiedy znów się pogubię. 1. Zawrzyj pokój ze swoją przeszłością, by nie zatruła ci teraźniejszości Łatwo powiedzieć: „zawrzyj pokój”. Tylko jak? Przeszłość ma w sobie upór – ciągle puka do drzwi, czasem nawet wali pięścią. Zdarza się, że wieczorem, przy pracy na deskach, myśli wracają: „trzeba było inaczej, trzeba było lepiej”. Ale wtedy przypominam sobie, że tak jak deska ma swoje sęki i pęknięcia, tak i moje życie. I nie chodzi o to, by je wyrzucić, tylko wkomponować w obraz. Bardzo długie lata grzebałam w swoim dzieciństwie. I to było potrzebne – żeby zrozumieć siebie, swoje nawyki, swoje reakcje. Ale w którymś momencie trzeba powiedzieć: stop . Bo można spędzić całe życie na kozetce, pytając „dlaczego”. A przecież ważniejsze pytanie brzmi: co zrobiłam, żeby to zmienić? W pewny...

Poranna kawa i telefon

  Rano, przy kawie, przeglądając telefon, natrafiłam na wiadomość, która zmroziła mi krew w żyłach. We Wrocławiu grupa niepełnoletnich chłopaków zwabiła 23-letniego chłopaka z Ukrainy. Zgolenie głowy, nazistowskie symbole, kamera w dłoni… XXI wiek w pełnej krasie. Nie wystarczy kogoś znienawidzić – trzeba to jeszcze nagrać i wrzucić do sieci.

Szczęście mieszka w porankach

Każdego ranka siadamy z Wojtkiem do wspólnej kawy. Zanim jednak ją wypiję, karmię koty, otwieram im drzwi i patrzę, jak budzi się dzień. Bywa, że promienie słońca wpadają do pokoju i rozświetlają kredens – wtedy wazony,  filiżanki  zdają się ożywać. Dostają blasku.  Ale im bliżej końca roku, tym mniej tego światła. Zawartość kredensu zamiera w półmroku. Siadam z kubkiem gorącej, czarnej jak smoła kawy, a Miron – dawny dziki kot – wtula się we mnie, jakby chciał nadrobić lata bez głaskania i akceptacji. Mruczy pod nosem, a ja już nie próbuję go odsuwać. Nauczyłam się pić kawę razem z nim, wtulającym się w ramiona.  Z Wojtkiem rozmawiamy wtedy o planach na dzień. Czasem milczymy, czasem oglądamy domy w Internecie, ale najczęściej po prostu ustalamy zwykłą codzienność. Dziś Wojtek cierpi – ząb dokucza coraz bardziej, a wizytę u dentysty ma dopiero w sobotę. Tak wygląda nasz poranek: nic wielkiego, nic spektakularnego, nic „na pokaz”. Nie ma tu materiału na YouTube....

„Gdy nosze prowadzą do męża – przewodnik po dyskusjach online”

  Czasem zastanawiam się, czy nie powinniśmy wprowadzić specjalnego słownika do dyskusji internetowych: „Felieton – temat startowy, punkt A”, „Mąż, dziadek, naród – punkty B–Z, opcjonalne, do dowolnego wplątania w argumentację”. Bo jak inaczej wytłumaczyć, że rozmowa o muzeum Rydzyka kończy się nagle komentarzami o moim mężu, który ani razu w tekście nie wystąpił? Nie jest to jednorazowy przypadek. W sieci powtarza się prosty, choć zaskakujący mechanizm: brak argumentów merytorycznych? Wyciągamy postronne osoby. Cenckiewicz? Dziadek do kolekcji. Pani Wysocka? Teść w zestawie. Mój mąż? No pewnie, też się nadaje. Internet ma swoje niepisane zasady: skoro brakuje faktów, wciągnijmy kogokolwiek, kto w teorii może mieć coś wspólnego z tematem.

To była dla mnie ważna wizyta

 W sobotę odwiedzili nas długo oczekiwani goście. Nie tacy przypadkowi, wpadający na chwilę – ale ci, którzy swoją obecnością i rozmową wnoszą do domu coś, co trudno ubrać w proste słowa. Spotkanie z nimi jest dla mnie świętem. Może dlatego już od kilku dni krążyłam myślami wokół tego, jak sprawić, by poczuli się dobrze. To nie była logistyka, raczej troska – takie ciche szykowanie atmosfery, która opowiada więcej niż słowa.