Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą rozmowy przy kawie

Kto jutro wykona ich pracę?

  Wczoraj wieczorem usłyszałam wypowiedź właściciela jednego z hoteli, który powiedział, że nie wyobraża sobie sytuacji, w której z dnia na dzień wszyscy Ukraińcy opuszczają Polskę, bo zwyczajnie nie miałby kto pracować. Nie była to wypowiedź polityka ani ekonomisty, lecz człowieka prowadzącego firmę i każdego dnia zmagającego się z rzeczywistością, której nie widać z poziomu internetowych rolek i wojennych okrzyków. I pomyślałam, że właśnie te kilka zdań powiedziało o naszej obecnej rzeczywistości więcej niż setki wpisów, które od miesięcy przewijają się przez media społecznościowe.

Zanim wydasz wyrok, przeczytaj

  Patrzę przez okno naszej sypialni. Tuż obok stoi moje białe biureczko na koziołkach z Ikei, a za szybą rozciąga się widok, który chyba nigdy mi się nie znudzi. Najpierw różowa malwa, wysoka i dumna, potem mydelnica – roślina niepozorna, która gdybym tylko pozwoliła, zaanektowałaby pół ogrodu. Może jej kwiaty nie należą do najbardziej spektakularnych, ale zapach potrafi zaczarować całe otoczenie. Dalej białe floksy, które po deszczu wyglądają jeszcze piękniej. Wczoraj przeżywaliśmy afrykańskie upały. Powietrze stało w miejscu, ziemia wołała o wodę, a człowiek marzył choćby o jednym porządnym deszczu. Dziś od rana pada i przyznam szczerze – jestem za ten deszcz ogromnie wdzięczna. Nie tylko dlatego, że wyręcza mnie w podlewaniu rabat. Przede wszystkim dlatego, że przynosi ulgę. Drzewa odżyły, kwiaty podniosły głowy, a świat znów oddycha spokojniej. Siedzę z kubkiem kawy i myślę, że w takie dni człowiek powinien odpuścić wszystko, co niepotrzebnie zabiera mu spokój.

"Ludzie ludziom zgotowali ten los"

  Tekst, który za chwilę przeczytacie, napisałam piętnaście lat temu po wizycie w byłym obozie koncentracyjnym Stutthof. Pisząc ostatni felieton, przypomniałam sobie właśnie jego zakończenie.  Poprosiłam Wojtka, żeby odnalazł go w archiwum mojego dawnego bloga. Byłam przekonana, że właśnie tam trzeba go szukać. Wojtek tylko się uśmiechnął i po chwili położył przede mną książkę " Droga do domu"  Zupełnie zapomniałam, że zaledwie kilka lat temu wspólnie wybieraliśmy teksty z bloga do jej wydania i że ten również się w niej znalazł. Widocznie pamięć bywa wybiórcza. Czasem żartuję, że trafił mi się człowiek renesansu. Informatyk, dziennikarz, założyciel Kuriera Górowskiego , autor książek, wydawca, redaktor i człowiek, który przygotował moją książkę do druku. Nic dziwnego, że pamięta ją lepiej ode mnie. Przeczytałam ten tekst po raz pierwszy od wielu lat. Nie dlatego, żeby coś w nim poprawiać. Teksty są jak fotografie – zatrzymują nie tylko wydarzenia, ale również człowieka, ...

Zanim padnie pierwszy strzał

  Od kilku dni łapię się na czymś dziwnym. Wstaję rano, biorę kubek kawy i wychodzę do ogrodu. Przez chwilę wszystko wydaje się dokładnie takie, jakie powinno być. Malwy są już wyższe ode mnie, floksy pachną jak co roku, kot przeciąga się leniwie na tarasie, a ja myślę sobie, że właśnie dla takich poranków dziesięć lat temu razem z Wojtkiem postanowiliśmy zamieszkać na wsi. Chcieliśmy ciszy, chcieliśmy zwolnić, chcieliśmy żyć bliżej natury niż polityki. Potem wracam do domu, otwieram komputer i ten spokój zaczyna powoli znikać.

Pamiętać nie znaczy nienawidzić

  Od kilku dni noszę w sobie pewną myśl i im bardziej próbuję ją od siebie odsunąć, tym częściej wraca. Wszystko zaczęło się od mojego poprzedniego felietonu o Górowie Iławeckim. Napisałam go właściwie dlatego, że poruszyły mnie komentarze pod zdjęciem ratusza, a jeszcze bardziej wspomnienia ludzi, których spotkałam przez ostatnie dziesięć lat. Kiedy tekst został opublikowany, przeczytałam dziesiątki komentarzy. Jedne były niezwykle mądre,  jeszcze inne zostawiały we mnie trudny do nazwania niepokój. Nie potrafiłam jednak zrozumieć, skąd ten niepokój się bierze. Dopiero później, trochę z ciekawości, a trochę z potrzeby uporządkowania własnych myśli, weszłam na profil Kancelarii Prezydenta i wtedy zrozumiałam, że nie chodzi mi już o historię. Chodzi o pamięć. A to przecież nie jest to samo. Przeglądałam kolejne wpisy i zauważyłam, że niemal wszystkie dotyczą Wołynia. Kolejne uroczystości, kolejne przemówienia, kolejne zdjęcia, kolejne apele o pamięć. Znalazłam również wpis poś...

Nie jestem z Górowa - czyli historia pewnego zdjęcia

  Nie jestem z Górowa Iławeckiego. Od ponad dziesięciu lat mieszkam na wsi położonej kilka kilometrów od miasta i kiedy dzisiaj wracam myślami do chwili, w której razem z Wojtkiem podjęliśmy decyzję o przeprowadzce, dochodzę do wniosku, że historia tego miejsca nie miała dla mnie wtedy większego znaczenia. Nie zastanawiałam się, kto mieszkał tutaj przed wojną, nie analizowałam map ani dawnych granic. Liczyło się tylko jedno – nasze wspólne marzenie o domu na wsi, z dala od miejskiego pośpiechu i hałasu. Chcieliśmy żyć spokojniej, bliżej natury i bliżej siebie. To był jedyny plan, jaki wtedy mieliśmy. Zapewne gdyby nie Wojtek, wiele rzeczy nigdy nie zwróciłoby mojej uwagi. Jest pasjonatem historii i z ogromnym zaangażowaniem od lat odkrywa dzieje tych okolic. To on pokazywał mi stare fotografie, opowiadał o dawnym Landsbergu, o mieszkańcach Prus Wschodnich i o ludziach, których życie w jednej chwili rozsypało się wraz z końcem wojny. Słuchałam go z zainteresowaniem, ale dopiero po ...

Polska dulszczyzna

Siedzę na tarasie z kubkiem kawy i czytam kolejne komentarze. Jedni są oburzeni, że ktoś leczył się „po znajomości”. Drudzy natychmiast przypominają, że podobne sytuacje zdarzały się także za poprzednich rządów. Politycy prześcigają się w oskarżeniach, domagają się dymisji, udzielają wywiadów i konferencji prasowych. Patrzę na to wszystko i myślę, że znowu najłatwiej jest oburzyć się na człowieka. Czytam komentarze pełne moralnego potępienia i zastanawiam się, czy nie ma w tym trochę polskiej dulszczyzny. Odpowiedzmy sobie szczerze: gdy zachorowało nasze dziecko, rodzic, mąż, ilu z nas nie szukało pomocy tam, gdzie tylko było to możliwe? Ilu nie zadzwoniło do znajomego lekarza z pytaniem: „Możesz coś doradzić? Możesz pomóc?”. Ile osób dało czekoladę pielęgniarce z myślą o lepszym traktowaniu ? 

A gdyby choć raz najważniejszy był człowiek…

  Szesnaście lat temu pracowałam w prywatnej przychodni. Nie byłam lekarzem ani pielęgniarką, ale po raz pierwszy mogłam z bliska przyjrzeć się codzienności ludzi wykonujących ten zawód. Wcześniej spotykałam lekarzy wyłącznie jako pacjentka, natomiast tam zobaczyłam coś zupełnie innego. Przychodzili po wielu godzinach pracy w szpitalu klinicznym, przyjmowali kolejnych pacjentów, a kiedy kończyli pracę we własnej przychodni, wielu z nich jechało jeszcze na dyżur do następnego szpitala, czasem do pogotowia. Patrzyłam na to z ogromnym  zdziwieniem i nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na pytanie, za czym oni właściwie tak gonią. Czy chodziło o pieniądze? O ambicję? A może o poczucie odpowiedzialności, bo lekarzy było za mało i ktoś tych pacjentów musiał przecież leczyć? Minęło szesnaście lat i nadal nie znam odpowiedzi. Dzisiaj myślę, że nie ma jednej. Każdy lekarz ma własną historię i własne motywacje. Jednego jestem jednak pewna – człowiek nie jest maszyną. Kiedy przez wiele mies...

Zamieszki w Berlinie

  Przyznam, że kiedy zobaczyłam relacje z Berlina i nagłówki krzyczące o „ataku niemieckiej policji na Polaków” oraz o tym, że „Niemcom przeszkadza krzyż i prawda historyczna”, poczułam nie tyle oburzenie, ile niepokój.  Kiedy pamięć o tak tragicznych wydarzeniach staje się elementem politycznego widowiska, zaczynam się zastanawiać, czy nadal chodzi o historię, czy już przede wszystkim o emocje, które można dzięki niej wywołać. Nie chciałam jednak zatrzymać się na pierwszym wrażeniu. Wiem, jak łatwo dziś ulec własnym przekonaniom i jak chętnie media, niezależnie od politycznych sympatii, pokazują jedynie tę część rzeczywistości, która pasuje do budowanej przez nie opowieści. Zaczęłam więc czytać relacje z różnych źródeł, próbując oddzielić fakty od interpretacji. Im więcej czytałam, tym bardziej miałam poczucie, że sprawa jest znacznie bardziej złożona, niż wynikałoby to z dramatycznych nagłówków.

Co wspólnego ma terapia z Wołyniem?

 Poniedziałkowy poranek. Siedzę w pracowni i czekam na panów od remontu. Za jakiś czas dom znów wypełni się odgłosami wiercenia, stukania i przesuwanych sprzętów, ale na razie jest jeszcze cicho. Przez okno patrzę na ogród. Czerwiec jest w tym roku wyjątkowo zielony. Wszystko rośnie jak szalone, a ja siedzę z kubkiem kawy i wracam myślami do komentarzy pozostawionych pod  wpisem na FB. Nie dlatego, że chcę kogokolwiek przekonywać do swoich racji. Z wiekiem coraz bardziej cenię rozmowę niż przekonywanie. A komentarzy było sporo. Jedne pełne emocji, inne bardzo rzeczowe. Niektóre zostały ze mną na dłużej. I właśnie dzięki nim zaczęłam myśleć o czymś, co na pierwszy rzut oka nie ma wiele wspólnego ani z Wołyniem, ani z Ukrainą, ani z polityką. Pomyślałam o terapii.

Likwidacja szpitali

Czasami czuję, jakbym żyła z osobą, która prowadzi „Sprawę dla reportera”. To taki żarcik, bo przecież wiadomo, że Wielki Wu, czyli mój mąż, nie jest kobietą. Mam jednak na myśli sytuacje, gdy dzwonią i piszą do niego ludzie, prosząc, żeby nagłośnił jakiś temat- i napisał na   Kurierze  Górowskim. Nie śledzę lokalnych konfliktów, sporów i problemów, które opisuje.  Ale ten jeden temat – prawdopodobna likwidacja oddziału nefrologii w Bartoszycach – bardzo mną wstrząsnął. Temu oddziałowi, lekarzom, a przede wszystkim ordynatorowi zawdzięczam życie. Trudno więc było przejść obok tej informacji obojętnie. Przeczytałam artykuł. Potem komentarze. A później zaczęłam zastanawiać się nad czymś znacznie szerszym niż los jednego oddziału czy nawet jednego szpitala.

Kto daje i odbiera ......

  Mimo natłoku spraw, trwającego remontu i przyjazdu gości odgruzowuję pokój, żeby w końcu usiąść do komputera. A wszystko przez kilka minut przed telewizorem. Zobaczyłam prezydenta Nawrockiego, który bardzo stanowczo i bardzo surowo wypowiadał się o decyzji Wołodymyra  Zełenskiego. Słuchałam i zamiast myśleć o historii, zaczęłam myśleć o teraźniejszości. O tym, jak łatwo jest mówić o krzywdach wyrządzonych nam przez innych. Jak trudno mówić o własnych. Nie mam problemu z pamięcią o Wołyniu. Nie mam problemu z nazywaniem zła po imieniu. Mam problem z pamięcią wybiórczą.

Kto dziś odpowiada za bezpieczeństwo państwa czyli od jabłoni do BBN

  Gdyby nie pełen zachwytu post pani Dominiki Chorosińskiej nad wyborem dokonanym przez Karola Nawrockiego, pewnie nawet by mi ta informacja umknęła, bo ostatnio zdecydowanie bardziej interesuje mnie wiejskie życie, remont domu, sadzenie wymarzonych drzew i obserwowanie, jak wszystko dojrzewa we własnym tempie, niż polityczne przepychanki, które coraz częściej przypominają serial z absurdalnymi zwrotami akcji zamiast odpowiedzialnego zarządzania państwem.

Usunęła post. Hejt został

Miałam dziś nie pisać, naprawdę, bo wiosna przychodzi powoli i nieśmiało, a ja mam przed sobą zwyczajny dzień,  w którym trzeba pojechać do miasta, zrobić zakupy i zająć się życiem, które nie toczy się w komentarzach, tylko w kuchni i ogrodzie, ale są takie momenty, kiedy zwyczajnie nie da się przejść obojętnie obok tego, co widzę, bo to już nie jest kwestia poglądów, tylko elementarnej uczciwości. Na facebookowym koncie „Zagadkowy Długopis” pojawiła się grafika z wizerunkiem Kasia Tusk i hasłem: „Kasię Tusk zapytano o zbiórkę: ‘Po co są, skoro leczenie jest bezpłatne?’ Zgadzasz się z nią?”, do tego proste przyciski „tak” i „nie”, czyli wszystko podane w taki sposób, żeby odbiorca nie zastanawiał się ani chwili nad kontekstem, tylko natychmiast zajął stanowisko, najlepiej emocjonalne, najlepiej oburzone, bo właśnie o to w tym chodzi – nie o informację, tylko o reakcję.

Historia, która zaczęła się od piosenki i na chwilę połączyła bardzo różnych ludzi

Zaczęło się od utworu nagranego przez Bedoes 2115 razem z Mają, dziewczynką chorującą na raka i będącą podopieczną Fundacji Cancer Fighters. „Diss na raka” — tak nazwano tę piosenkę i to właśnie ona poruszyła ludzi, zaczęła krążyć w internecie, była przekazywana dalej i docierała coraz szerzej. Wtedy pojawił się kolejny krok. Patryk Garkowski, młody, dwudziestokilkuletni twórca, włączył transmisję i zaproponował prostą zasadę: jeden lajk to jedna sekunda. Ile reakcji, tyle trwa stream -  a dla tych, którzy nie śledzą internetu na co dzień, dodam tylko, że stream to nic innego jak transmisja na żywo, w której ktoś nadaje w czasie rzeczywistym, a inni mogą to oglądać, reagować i być w tym razem, tu i teraz. To, co zaczęło się zwyczajnie, stało się nadzwyczajne. Transmisja trwała dziewięć dni. Była głośna, żywa, pełna emocji, momentami chaotyczna, z ludźmi, którzy pojawiali się i znikali, z rozmowami, śmiechem, wzruszeniem, z kolejnymi osobami, które przychodziły i chciały w tym uczes...

„To, czego mamy nie zobaczyć”

 Kilka dni temu w Sejmie trwały obrady dotyczące sprawy kryptowalut, która przestała być już tylko tematem dla wąskiego grona zainteresowanych rynkiem finansowym, bo coraz wyraźniej widać, że dotyczy wielu ludzi, którzy stracili swoje pieniądze i dziś zostali z problemem, którego nikt nie potrafi im jasno rozwiązać, a państwo zamiast dawać poczucie bezpieczeństwa, zostawia ich w niepewności i bez odpowiedzi. I właśnie w takim momencie, kiedy rozmowa powinna być skupiona na faktach, decyzjach i odpowiedzialności, na salę wchodzi Dariusz Matecki, trzymając w rękach transparent, który nie odnosi się do tej sprawy, tylko przenosi uwagę w zupełnie inną stronę, uruchamia emocje i natychmiast zmienia kierunek patrzenia widza, bo zamiast pytań o pieniądze i decyzje pojawia się wskazanie innego tematu.

Kto ma nas uczyć prawdy – i kto za to zapłaci

Nie będę udawać spokoju, bo go w sobie nie mam. Jest we mnie złość. Taka zwyczajna, ludzka, trudna do przełknięcia. Bo mam poczucie, że coś dzieje się na naszych oczach i próbuje się to nazwać czymś zupełnie innym, niż jest naprawdę. Kilka dni temu Karol Nawrocki powołał Radę Nowych Mediów przy Pałacu Prezydenckim . W teorii wszystko brzmi dobrze – walka z dezinformacją, troska o standardy, porządkowanie chaosu informacyjnego. Można by powiedzieć: wreszcie ktoś chce zrobić z tym porządek. Tylko że ja już nie potrafię słuchać samych deklaracji. Patrzę na fakty.

Dlaczego oni mnie nie słyszą? Odpowiedź przyszła przypadkiem

Wczorajszy dzień był dla mnie pełen satysfakcji. Na co dzień nie zajmuję się sensacjami z mojego miasteczka, żyję trochę obok tych wszystkich lokalnych przepychanek, ale przychodzi czasem taki moment — taka kropka nad „i” — kiedy człowiek czuje, że już nie może milczeć, że musi nazwać coś po imieniu i po prostu stanąć po swojej stronie. Tak było i tym razem. Opublikowałam na Facebooku tekst mojego męża, który udowadnia  kłamstwo. Dlaczego to zrobiłam? -  bo poczułam, że to już zaszło za daleko. Nie po to, żeby kogokolwiek przekonywać, przeciągać na swoją stronę czy wygrywać dyskusję — coraz częściej widzę, że to nie ma większego sensu. Zrobiłam to raczej dla siebie. Żeby być w zgodzie ze sobą. Wieczorem,  siedzieliśmy z Wojtkiem i opowiadałam mu o sytuacji sprzed kilku dni.

Obca i Niemiec. Czyli jak zamykamy rozmowę jednym zdaniem

  Lubię patrzeć na świat z naszej małej Republiki, którą stworzyliśmy z Wojtkiem. Jakiś czas temu postawiliśmy płot – taki zwyczajny, farmerski: belki, trzy deski, prosta furtka. Nic wielkiego, żadna twierdza. A jednak wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałam – pojawił się spokój. Przecież wiem, że każdy może ten płot przeskoczyć albo przejść między deskami. A mimo to dla mnie stał się czymś więcej niż ogrodzeniem. Jest jak cicha, psychologiczna granica. Na emeryturze odkryłam coś, czego wcześniej nie znałam – lekkość. Taką zwyczajną, codzienną. Robię to, co chcę, żyję swoim rytmem, mam czas pomyśleć, zanim coś powiem. I może dlatego coraz wyraźniej widzę, jak bardzo zmienił się sposób, w jaki dziś ze sobą rozmawiamy. Czasem zaglądam do Internetu. Czytam komentarze, patrzę, jak reagujemy na siebie nawzajem, i coraz częściej mam wrażenie, że to już nie jest rozmowa. To raczej nieustanne udowadnianie sobie racji – za pomocą uproszczeń, półprawd i emocji, które mają „docisnąć” od...

Między życzeniami a nienawiścią

  Święta, święta i… po świętach. Wracamy do codzienności. Do poranków spokojnych, jeszcze trochę świątecznych w środku, choć kalendarz już mówi co innego. Siadam z kawą przed komputerem, czarny kot układa się na poduszce obok monitora. Zaglądam do internetu – tak po prostu, z ciekawości. I trafiam na zdjęcie Katarzyny Tusk z dziećmi. Koszyczki wielkanocne, zwyczajny moment, jakich w te dni było wiele. Zdjęcie, zrobione z ukrycia  wrzucone w drugi dzień świąt.  Kilka adekwatnych komentarzy. Spokojne, ciepłe, takie, jakie się wtedy pisze: zdrowia, radości, rodzinnego czasu. I przez chwilę wszystko jest dokładnie takie, jakie powinno być.