Przejdź do głównej zawartości

Dlaczego oni mnie nie słyszą? Odpowiedź przyszła przypadkiem


Wczorajszy dzień był dla mnie pełen satysfakcji.
Na co dzień nie zajmuję się sensacjami z mojego miasteczka, żyję trochę obok tych wszystkich lokalnych przepychanek, ale przychodzi czasem taki moment — taka kropka nad „i” — kiedy człowiek czuje, że już nie może milczeć, że musi nazwać coś po imieniu i po prostu stanąć po swojej stronie.

Tak było i tym razem.
Opublikowałam na Facebooku tekst mojego męża, który udowadnia  kłamstwo. Dlaczego to zrobiłam? -  bo poczułam, że to już zaszło za daleko. Nie po to, żeby kogokolwiek przekonywać, przeciągać na swoją stronę czy wygrywać dyskusję — coraz częściej widzę, że to nie ma większego sensu. Zrobiłam to raczej dla siebie. Żeby być w zgodzie ze sobą.

Wieczorem,  siedzieliśmy z Wojtkiem i opowiadałam mu o sytuacji sprzed kilku dni.

Bo czasem mnie korci, żeby coś napisać — zwykle wtedy, kiedy coś się we mnie przeleje. I tak było pod postem o prezydencie Karolu Nawrockim. Napisałam wtedy, że nie głosowałam na niego, bo to, co zrobił z panem Jerzym i jego mieszkaniem oraz udział w ustawkach, w moich oczach go dyskwalifikuje.

Pod moim komentarzem pojawiły się odpowiedzi innych kobiet.
Nie takie, które próbują zrozumieć. Nie takie, które pytają.
Tylko krótkie, ostre zdania: że kłamię, że powtarzam nieprawdę, że opieram się na „złych gazetach”.

Próbowałam jeszcze odpowiedzieć, że swoją opinię wyrobiłam na podstawie jego własnych słów. Ale miałam wrażenie, że mówię do ściany.

Jakby nikt już nie słuchał.

I właśnie o tym mówiłam Wojtkowi — z takim zwykłym, ludzkim zdziwieniem:
— Jak to możliwe, że oni tego nie widzą?
— Dlaczego nie chcą nawet spróbować zrozumieć?

Bo jedną rzecz przecież znałam z własnego życia aż za dobrze — że kiedy się kogoś lubi, kiedy się komuś zaufa, to bardzo trudno uwierzyć, że ten ktoś może zawieść.

Wojtek wziął wtedy telefon i powiedział:
—  Nie czytałaś dzisiaj Wyborczej? Poczekaj… ja ci coś puszczę.

Za chwilę w pokoju rozległ się spokojny głos lektora.

To był artykuł oparty na badaniach psychologów społecznych prowadzonych w Stanach Zjednoczonych — zaczętych po wyborach w 2016 roku i kontynuowanych później — w których próbowano odpowiedzieć na jedno pytanie: dlaczego mimo tylu kontrowersji i sprzecznych informacji część wyborców nadal tak mocno popiera Donalda Trumpa. 

Słuchałam spokojnie, zdanie po zdaniu, i z każdym kolejnym fragmentem coraz wyraźniej widziałam, że to nie jest czyjaś opinia, tylko wnioski oparte na obserwacji ludzkich zachowań.

Psychologowie nazwali to zjawisko dysonansem poznawczym.

Brzmi poważnie, ale chodzi o coś bardzo prostego.
O ten moment, kiedy to, w co wierzymy, przestaje się zgadzać z rzeczywistością.

Kiedy mówimy: „to jest dobry człowiek, dobry wybór”, a pojawiają się fakty, które temu przeczą.

I wtedy w środku pojawia się napięcie. Niewygoda. Coś, co aż chce się odsunąć od siebie.

Bo co to znaczy przyznać, że się pomyliłam? Że źle oceniłam?

Że zaufałam nie temu, komu trzeba?

To nie jest tylko zmiana zdania.
To coś, co trudno w sobie pomieścić.

Więc nasz umysł robi coś bardzo ludzkiego — zaczyna nas przed tym chronić.
Odrzuca niewygodne informacje.
Podważa źródła.
Albo jeszcze mocniej trzyma się tego, w co już uwierzyliśmy.

I nagle zrozumiałam, że to nie dotyczy tylko Ameryki ani tylko wyborców Trumpa, bo te same mechanizmy — opisane w badaniach — można zobaczyć także u nas, w dużo mniejszej skali, ale z bardzo podobnymi emocjami.

Dokładnie to samo widziałam pod  komentarzem.
W tej rozmowie, której właściwie nie było.

I — co było dla mnie chyba najważniejsze — zobaczyłam też, że to nie jest coś obcego.

Że ja sama też kiedyś tak robiłam. Kiedy paliłam papierosy, doskonale wiedziałam, że są szkodliwe. Wiedziałam to bardzo dobrze.

A jednak za każdym razem znajdowałam powód: że to tylko jeden, że inni palą więcej, że jakoś trzeba się odstresować.

Nie dlatego, że nie wiedziałam.

Tylko dlatego, że trudno jest żyć w sprzeczności z samą sobą.

Więc człowiek tę sprzeczność sobie jakoś układa, wygładza, tłumaczy.

I może właśnie dlatego wczorajszy dzień był dla mnie ważny.

Bo nagle przestałam się dziwić.
Przestałam się złościć.

Zrozumiałam, że nie wszystko da się przegadać, wyjaśnić, udowodnić — bo nie wszystko rozgrywa się na poziomie faktów.

Bo to nie jest tylko kwestia faktów, ale też tego, jak myślimy o sobie — czy jesteśmy w stanie powiedzieć: pomyliłam się, czy wolimy jednak zostać przy tym, co już raz uznaliśmy za prawdę.

I że mając tę wiedzę, wiem już jedno. Że te kilka osób z naszego miasteczka dalej będzie mówić, że Wojtek to hejter, a burmistrz to dobro wcielone.

Że dla niektórych Karol Nawrocki nadal będzie bohaterem.

I że ja nie mam na to żadnego wpływu.

Wojtek dalej będzie prowadził swojego „Kuriera”, bo wierzy w to, co robi — w argumenty, w dane, w liczby. Bo jest z krwi i kości społecznikiem. 
Pół miasteczka dalej będzie się oburzać.
Drugie pół będzie do niego dzwonić i mówić: „zajmij się tym, opisz to”.

A ja…będę dalej żyła swoim życiem. Na emeryturze, w swojej małej republice między brzozami, z kotami i psem spacerującymi gdzieś obok.

I może tylko czasem, kiedy coś znowu mnie poruszy za bardzo, kiedy poczuję tę swoją „kropkę nad i” — napiszę kilka zdań.

Już nie po to, żeby kogokolwiek przekonać.

Tylko dlatego, że tak czuję.

I to, mając w sobie tę wiedzę, naprawdę mi wystarcza. Jestem szczęśliwą kobietą . 

Komentarze

  1. Wspaniała konstatacja, oby tak pozostało, bądź nadal szczęśliwą kobietą :-)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Nie będzie nas, będzie las

Przebieramy już nogami. Jeszcze tylko czwartek, piątek i kawałek soboty. I znowu zakaszemy rękawy, ubierzemy kaloszki i gumofilce. Czeka na nas huk roboty. Zabierzemy się za tworzenie warzywnika.

Robi się

Boli mnie bark prawej ręki, dlatego nie będzie długiego tekstu. Czy widząc poniższe zdjęcia  wierzycie, że kiedyś będzie tu pięknie?