Wieczorem, siedzieliśmy z Wojtkiem i opowiadałam mu o sytuacji sprzed kilku dni.
Bo czasem mnie korci, żeby coś napisać — zwykle wtedy, kiedy coś się we mnie przeleje. I tak było pod postem o prezydencie Karolu Nawrockim. Napisałam wtedy, że nie głosowałam na niego, bo to, co zrobił z panem Jerzym i jego mieszkaniem oraz udział w ustawkach, w moich oczach go dyskwalifikuje.
Próbowałam jeszcze odpowiedzieć, że swoją opinię wyrobiłam na podstawie jego własnych słów. Ale miałam wrażenie, że mówię do ściany.
Jakby nikt już nie słuchał.
Bo jedną rzecz przecież znałam z własnego życia aż za dobrze — że kiedy się kogoś lubi, kiedy się komuś zaufa, to bardzo trudno uwierzyć, że ten ktoś może zawieść.
Za chwilę w pokoju rozległ się spokojny głos lektora.
To był artykuł oparty na badaniach psychologów społecznych prowadzonych w Stanach Zjednoczonych — zaczętych po wyborach w 2016 roku i kontynuowanych później — w których próbowano odpowiedzieć na jedno pytanie: dlaczego mimo tylu kontrowersji i sprzecznych informacji część wyborców nadal tak mocno popiera Donalda Trumpa.
Słuchałam spokojnie, zdanie po zdaniu, i z każdym kolejnym fragmentem coraz wyraźniej widziałam, że to nie jest czyjaś opinia, tylko wnioski oparte na obserwacji ludzkich zachowań.
Psychologowie nazwali to zjawisko dysonansem poznawczym.
Kiedy mówimy: „to jest dobry człowiek, dobry wybór”, a pojawiają się fakty, które temu przeczą.
I wtedy w środku pojawia się napięcie. Niewygoda. Coś, co aż chce się odsunąć od siebie.
Bo co to znaczy przyznać, że się pomyliłam? Że źle oceniłam?
Że zaufałam nie temu, komu trzeba?
I nagle zrozumiałam, że to nie dotyczy tylko Ameryki ani tylko wyborców Trumpa, bo te same mechanizmy — opisane w badaniach — można zobaczyć także u nas, w dużo mniejszej skali, ale z bardzo podobnymi emocjami.
I — co było dla mnie chyba najważniejsze — zobaczyłam też, że to nie jest coś obcego.
Że ja sama też kiedyś tak robiłam. Kiedy paliłam papierosy, doskonale wiedziałam, że są szkodliwe. Wiedziałam to bardzo dobrze.
A jednak za każdym razem znajdowałam powód: że to tylko jeden, że inni palą więcej, że jakoś trzeba się odstresować.
Nie dlatego, że nie wiedziałam.
Tylko dlatego, że trudno jest żyć w sprzeczności z samą sobą.
Więc człowiek tę sprzeczność sobie jakoś układa, wygładza, tłumaczy.
I może właśnie dlatego wczorajszy dzień był dla mnie ważny.
Zrozumiałam, że nie wszystko da się przegadać, wyjaśnić, udowodnić — bo nie wszystko rozgrywa się na poziomie faktów.
Bo to nie jest tylko kwestia faktów, ale też tego, jak myślimy o sobie — czy jesteśmy w stanie powiedzieć: pomyliłam się, czy wolimy jednak zostać przy tym, co już raz uznaliśmy za prawdę.
I że mając tę wiedzę, wiem już jedno. Że te kilka osób z naszego miasteczka dalej będzie mówić, że Wojtek to hejter, a burmistrz to dobro wcielone.
Że dla niektórych Karol Nawrocki nadal będzie bohaterem.
I że ja nie mam na to żadnego wpływu.
A ja…będę dalej żyła swoim życiem. Na emeryturze, w swojej małej republice między brzozami, z kotami i psem spacerującymi gdzieś obok.
I może tylko czasem, kiedy coś znowu mnie poruszy za bardzo, kiedy poczuję tę swoją „kropkę nad i” — napiszę kilka zdań.
Już nie po to, żeby kogokolwiek przekonać.
Tylko dlatego, że tak czuję.
I to, mając w sobie tę wiedzę, naprawdę mi wystarcza. Jestem szczęśliwą kobietą .
.jpg)
Wspaniała konstatacja, oby tak pozostało, bądź nadal szczęśliwą kobietą :-)
OdpowiedzUsuń