Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą codzienność

Dziesięć lat temu

 Dokładnie dziesięć lat temu, 19 września, weszliśmy do naszego domu. Trudno właściwie powiedzieć „wprowadziliśmy się”, bo dom nie był jeszcze skończony, tynki na ścianach były świeże i mokre, pieniędzy na dalszy remont właściwie już nie było, a zamiast sypialni mieliśmy pokój, w którym trzeba było dopiero stworzyć sobie miejsce do życia. Ale tego dnia po raz pierwszy od dawna nie spaliśmy w namiocie, który stał w rozpadającej się stodole. Mieliśmy dach nad głową, ściany wokół siebie i sufit nad głową, który przez tyle czasu był tylko częścią mojego marzenia.

Czy naprawdę wiemy, jak żyją ludzie z internetu?

  Przez długi czas nie czytałam komentarzy pod filmami innych twórców. Oglądałam czasem jakiś kanał, czasem kilka filmów, ale najczęściej kończyło się na obejrzeniu materiału i przejściu dalej. Odkąd wróciłam do pisania, zaczęłam jednak zaglądać również do komentarzy, bo komentarze mówią o komentujących czasem więcej niż sam film. Można się z nich dowiedzieć, co ludzi porusza, co ich złości, czego szukają i jak łatwo potrafią z kilku zdań zbudować sobie całą historię o drugim człowieku.

Gorący kamień. Czyli „a u was?”

  Od kilku dni chodzi za mną pewne porównanie. Mam wrażenie, że polska polityka wygląda dziś trochę jak przerzucanie gorącego kamienia. Kiedy coś zaczyna parzyć jedną stronę, ta bardzo szybko podaje kamień drugiej. I zanim ktokolwiek zdąży odpowiedzieć na pytanie, co właściwie się wydarzyło, słyszymy: „A u was?”. Najgorsze jest chyba to, że my, wyborcy, robimy dokładnie to samo. Wystarczy wejść w komentarze pod jakąś aferą. Zamiast rozmawiać o tym, co zrobił polityk, którego właśnie dotyczy sprawa, natychmiast pojawia się lista tego, co zrobił ktoś z przeciwnego obozu. Jakby jedno miało unieważniać drugie. A przecież to my tych ludzi wybieramy.

Doktor Alicja

 Zachorował Kiler, kolejny kot z Domu pod Bocianem. Ma piętnaście lat, więc jego choroba nie powinna być dla nas zupełnym zaskoczeniem. A jednak , zaskoczyła nas bardzo.  Dzisiaj jest kolejny dzień kroplówek, badań i tego charakterystycznego czekania, kiedy człowiek jeszcze nie wie, co będzie dalej, ale bardzo chce wierzyć, że to jeszcze nie ten czas.  Nie chcę jednak opowiadać o Kilerze. Chcę opowiedzieć o pani doktor Alicji Wrotek, bo odkąd ją poznałam bliżej, myślę o niej coraz częściej i zastanawiam się, jak to możliwe, że w jednej, bardzo filigranowej osobie może mieścić się tyle wrażliwości, cierpliwości, wiedzy i zwyczajnej ludzkiej troski.

Wiek spokoju

  Coraz częściej odnoszę wrażenie, że życie nie tyle daje odpowiedzi, ile powoli odbiera nam złudzenia. Nie dzieje się to jednego dnia. Nie budzimy się rano z poczuciem, że od dziś będziemy patrzeć na świat inaczej. To przychodzi po cichu, między jedną przeczytaną książką a drugą, między kolejną wiadomością w telewizji a komentarzami pod nią, między rozmową z kimś bliskim a długim milczeniem, które zostaje po niej. Kiedy byłam młodsza, wydawało mi się, że najważniejsze jest ustalenie, kto ma rację. Wierzyłam, że jeśli tylko będę wystarczająco uważnie obserwowała świat, uda mi się oddzielić dobro od zła, uczciwość od zakłamania, prawdę od manipulacji. Dzisiaj nadal uważam, że prawda ma znaczenie, ale coraz mniej wierzę w to, że człowiek odnajduje ją wyłącznie dlatego, że wygrał jakiś spór.

Kobieta, którą kiedyś byłam

  To miało potrwać zaledwie kilka minut. Szukałam jednego tekstu, który chciałam wykorzystać do zupełnie innego wpisu. Nie pamiętałam, czy został na blogu, czy umieściłam go w książce Droga do domu . Sięgnęłam więc po nią, zaczęłam kartkować kolejne strony i zupełnie nie wiem, w którym momencie przestałam szukać. Jeden tekst prowadził do następnego, następny przywoływał kolejne wspomnienia i nagle okazało się, że zamiast szukać, czytam opowieść o kobiecie, którą sama kiedyś byłam. To dziwne uczucie czytać własne słowa po tylu latach. Człowiek pamięta wydarzenia, pamięta ludzi, pamięta te najważniejsze zakręty swojego życia, ale zaskakująco łatwo zapomina o codzienności. O zwykłych dniach, które wtedy wydawały się zupełnie zwyczajne, a przecież to właśnie z nich składa się całe nasze życie.

Rosja napada, ludzie uciekają. Historia, o której nie wolno zapomnieć

  Do tego tekstu wracam po ośmiu latach. Napisałam go jesienią 2018 roku po rozmowie z panią Magdaleną Heidenreich, rodowitą mieszkanką Dobrzynki. Najpierw opublikowałam go na swoim blogu, później Wojtek umieścił go w książce „Lansberg”.  Kilka dni temu otrzymałam propozycję, aby mój tekst „Nie jestem z Górowa” został opublikowany na łamach „Nowin Wschodnich”. Cieszyłam się, że trafi do szerszego grona czytelników. Nie przypuszczałam jednak, że jego publikacja tak szybko stanie się początkiem czegoś znacznie większego.

Każdy pokazuje tylko fragment siebie

  Od kilku tygodni chodzi za mną pewna myśl. Nawet przegadałam ją z bliską internetową koleżanką, licząc na to, że kiedy wypowie się coś na głos, wszystko jakoś się poukłada. Nie poukładało się. Wręcz przeciwnie. Co jakiś czas algorytm z uporem podsuwa mi rolki pewnej influencerki i za każdym razem wraca to samo pytanie. Nie chcę podawać nazwy jej kanału, bo ten tekst nie jest o niej. Ona jest jedynie pretekstem do opowiedzenia o mechanizmie, który od dawna mnie fascynuje i jednocześnie trochę niepokoi.

Najtrudniejsza podróż prowadzi do siebie

  Kilka lat temu zrozumiałam, że znacznie łatwiej jest zdyskredytować człowieka niż zmierzyć się z tym, co ma do powiedzenia. Nie trzeba odpowiadać na pytania. Wystarczy sprawić, żeby pytającego przestano traktować poważnie. Przekonałam się o tym wtedy, kiedy mój mąż zaczął prowadzić Kuriera Górowskiego . Wydawało mi się, że jeśli ktoś nie zgadza się z publikowanymi materiałami, odpowie argumentami. Życie szybko zweryfikowało to przekonanie. Z czasem zauważyłam, że znacznie łatwiej przykleić człowiekowi etykietę niż podjąć rzeczową rozmowę. Dzisiaj bardzo modne stało się słowo „hejt”. Mam jednak wrażenie, że coraz częściej używa się go wobec ludzi, którzy po prostu krytykują osoby pełniące funkcje publiczne albo zadają niewygodne pytania. A przecież krytyka nie jest hejtem. Demokracja bez krytyki przestaje być demokracją. Do dzisiaj pamiętam telefon, który odebrliśmy  całkiem niedawno. Usłyszałam wtedy: „Na mieście mówią, że Wojtek przyczynił się do śmierci Pawła Adamowicza”. ...

Warmińskie aleje do wycinki

Na Facebooku wyświetliła mi się petycja w obronie warmińskich alei. Podpisałam ją. Nie dlatego, że jestem specjalistką od drogownictwa czy bezpieczeństwa ruchu. Podpisałam ją dlatego, że od zawsze staję po stronie drzew. One same się nie obronią. Kilka dni później przeczytałam artykuł dotyczący planowanej wycinki tysięcy drzew przy warmińskich drogach. I wtedy zaczęłam myśleć o czymś znacznie szerszym niż sama wycinka.

Wszystko zostawiam za płotem

 Ostatnio dużo maluję. Sięgam po duże formaty, po faktury, po gips, po warstwy farby, które zostają pod paznokciami jeszcze długo po skończonej pracy. Remont poddasza otworzył przede mną nową przestrzeń — także dosłownie. W końcu moje obrazy zawisną na ścianach naszego domu. Nie będą schowane w kącie, oparte o ścianę, czekające na „lepszy moment”. I chyba właśnie dlatego tworzę teraz inaczej. Odważniej. Nigdy nie usłyszałam od Wojtka: „po co ci to?”, „szkoda ściany na takie bohomazy”. A uwierzcie mi, wiele kobiet słyszało podobne zdania nie tylko o obrazach, ale też o swoich marzeniach, pomysłach i potrzebach. Czasem największą miłością jest po prostu niepodcinanie skrzydeł.

Nawrocka — przez pryzmat własnych doświadczeń

 Miałam już nie wracać do polityki. Obiecałam sobie ciszę. Emerytura miała być spokojem, ale polityka jest jak papieros — wiesz, że szkodzi, podnosi ciśnienie, odbiera lekkość… a jednak czasem sięgasz. Bo coś w środku nie daje spokoju. W sobotę obejrzałam rozmowę z Martą Nawrocką w TVN24. Całą. Bez skrótów i wycinków. Rozmowę prowadziła Joanna Kryńska — spokojnie, bez agresji, z wyczuciem. Pytania były konkretne: o hejt, o weto prezydenta wobec ustawy regulującej treści w internecie, o aborcję, o in vitro. Zanim zaczęłam analizować odpowiedzi, zobaczyłam napięcie. Nie tylko stres kamery.

Przy herbacie o słowie

 Nie czytam filozofów. W naszym domu książki Umberto Eco należą do mojego męża. Ja, odkąd jestem na emeryturze, częściej słucham książek. Każde z nas ma swój sposób obcowania ze światem. Kilka dni temu mąż udostępnił na Facebooku tekst przypominający słowa Eco z czerwca 2015 roku. Przeczytałam je. A wieczorem, przy herbacie, długo o tym rozmawialiśmy. W Turynie Eco powiedział, że media społecznościowe dały głos „legionom idiotów”, którzy wcześniej mówili przy barze po kieliszku wina i nie mieli wpływu na debatę publiczną, a dziś mają taki sam zasięg jak nobliści. To zdanie jest ostre. „Legiony idiotów” brzmią jak pogarda. I tak zostało to przez wielu odebrane. Ale w naszej rozmowie zastanawialiśmy się, czy on rzeczywiście obrażał ludzi — czy raczej uderzył mocnym słowem, żeby zwrócić uwagę na mechanizm. Na to, że słowa, które kiedyś znikały w gwarze, dziś krążą bez żadnej miary. Że głos kompetentny i głos niekompetentny brzmią tak samo. W tym samym okienku. Z tym samym zasięgi...

Kiedy pokazujesz kawałek życia, a ludzie widzą całość

 Zatrzymało mnie ostatnio jedno zdanie: że im mniej ludzie wiedzą o naszym życiu, tym lepiej się ono układa. I choć nie do końca się z nim zgadzam, coś we mnie poruszyło. Bo żyję w przestrzeni, w której pokazuję swoją codzienność. Fragmenty. Urywki. Chwile. I coraz częściej widzę, że nawet kiedy pokazuję coś , ludzie i tak dopowiadają resztę . Obserwuję to nie tylko u siebie. Na jednej z facebookowych stron poświęconych wnętrzom kobieta wrzuciła zdjęcie swojego salonu. Zwyczajnie. Z prośbą o pomoc w zmianie dekoracji na jednej ścianie. Nie pytała, czy się podoba. Nie zapraszała do oceny. Chciała konkretnej rady.

Chwila zawieszenia

  Nakarmiłam koty. Za oknem biało i cicho, ten sam widok od kilku dni – czysty, nieruchomy. Mam przygotowany tekst, kilka spraw do sprawdzenia, zwyczajny porządek dnia. A jednak nie ruszam dalej. Coś mnie zatrzymało. Wracam myślą do jednego komentarza zostawionego pod filmem. Krótkiego. Oznajmiającego. Takiego, który nie pyta i niczego nie wyjaśnia. Po prostu informuje, że to ostatni raz. Nie zmartwił mnie. Nie zabolał. Nie sprowokował. Zatrzymał. Zawisł we mnie jak bombka na choince – ani nie spada, ani nie znika. Czeka. I ja też stoję w tym zawieszeniu, próbując zrozumieć, co właściwie się wydarzyło. Nie w komentarzach. We mnie. Z różnicą zdań radzę sobie dobrze. Ludzie mają prawo myśleć inaczej, wybierać inne drogi, odchodzić wtedy, kiedy czują, że to już nie ich miejsce. Zawsze tak uważałam. Przychodzenie i odchodzenie jest czymś naturalnym – w życiu i tutaj. Jeśli nie jest nam po drodze, lepiej rozstać się bez żalu. Czas jest zbyt cenny, by spędzać go tam, gdzie czujemy si...

„Co wyzwala w nas Jerzy Owsiak?”

  Lubię czytać komentarze. Nie dlatego, że wszystkie są miłe, ale dlatego, że czytając je, można dowiedzieć się bardzo wiele o osobie, która jest po drugiej stronie ale też  o sobie samej. Czytając jeden z komentarzy, pomyślałam, że mamy z tą Panią  jedną wspólną rzecz. Bliskie nam osoby zmarły na sepsę. Mnie, wiele lat temu, zmarł tata. Jej — mąż. Nie porównuję tych tragedii. Żałoby nie da się porównać. Inaczej przeżywa się odejście schorowanego, starszego rodzica, inaczej śmierć ukochanego męża. Każda strata ma swój ciężar, swój rytm i swoją samotność. Pamiętam swoją żałobę. Pamiętam listy, które pisałam do taty — choć wiedziałam, że ich nie przeczyta. Pamiętam też słowa znajomej psycholog, która powiedziała mi wtedy, że żałobę trzeba przeżyć. Przejść przez nią. Nie ominąć. Nie zamienić bólu w gniew.

"Rocznica", która zostaje w głowie na długo

  Zimowe dni są ciemne i długie. Takie, że człowiek chętniej zostaje w domu, niż gdziekolwiek wychodzi. W przerwie pomiędzy świętami a Nowym Rokiem udało nam się z Wojtkiem obejrzeć kilka filmów. Bez wielkich oczekiwań, raczej z potrzeby bycia razem i zajęcia myśli czymś innym niż codzienne sprawy. Jednym z tych filmów była " Rocznica" — amerykański thriller w reżyserii Jana Komasy, polskiego twórcy, który po sukcesie Bożego Ciała zabrał się za kino o bardzo ostrym przesłaniu. Ten film mnie nie tylko poruszył. On mnie wręcz zatrzymał w miejscu.  Rocznica zaczyna się od pozornie niewinnej rodzinnej uroczystości — 25. rocznicy ślubu Ellen i Paula, zamożnej pary z przedmieść Waszyngtonu. Syn przyprowadza nową narzeczoną, Liz — dawną studentkę matki, która została wyrzucona z uczelni za radykalne poglądy. Nikt nie spodziewa się, że ten jeden dzień zmieni ich życie na zawsze.

Na Święta

 

Szczęście jest wyborem - słowa Agnieszki Maciąg

Wczoraj montowałam film o spokoju, który nas otacza. Sama nie wiem, czy udało się uchwycić to, co naprawdę czuję, ale próbowałam zatrzymać w kadrze coś bardzo ulotnego — ciszę, która nie jest pustką, tylko czymś żywym, obecnym, delikatnym. Coraz częściej mam wrażenie, że żyję w dwóch równoległych światach: jednym, który tworzę sama — spokojnym, uważnym, wolnym od pośpiechu — i drugim, który krzyczy, dudni, narzuca się z każdej strony. I którego coraz mniej rozumiem. 

"Dom dobry "- o filmie

  Są takie filmy, o których mówi cała Polska. Wystarczy otworzyć internet, żeby zobaczyć dziesiątki opinii, dyskusji, sporów. Tak jest dziś z „Domem dobrym” Smarzowskiego. I choć tego filmu nie widziałam, to jednak postanowiła wyrazić swoje zdanie.  Chciałam iść do kina. Byłam już prawie gotowa zamówić bilet, kiedy trafiłam na krótką wypowiedź psychologa. Powiedział dokładnie to, co czasem przemyka nam przez głowę, ale rzadko wypowiadamy na głos: że jeżeli ktoś ma za sobą doświadczenia przemocy albo bardzo głębokie rany emocjonalne , to nie ma obowiązku wkładać palca w to miejsce jeszcze raz. Że nie każdy film jest dla każdego. Że czasem odwaga polega na tym, żeby odpuścić — a nie na tym, by sobie coś udowadniać. Ta myśl mnie zatrzymała.