Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z kwiecień, 2026

Usunęła post. Hejt został

Miałam dziś nie pisać, naprawdę, bo wiosna przychodzi powoli i nieśmiało, a ja mam przed sobą zwyczajny dzień,  w którym trzeba pojechać do miasta, zrobić zakupy i zająć się życiem, które nie toczy się w komentarzach, tylko w kuchni i ogrodzie, ale są takie momenty, kiedy zwyczajnie nie da się przejść obojętnie obok tego, co widzę, bo to już nie jest kwestia poglądów, tylko elementarnej uczciwości. Na facebookowym koncie „Zagadkowy Długopis” pojawiła się grafika z wizerunkiem Kasia Tusk i hasłem: „Kasię Tusk zapytano o zbiórkę: ‘Po co są, skoro leczenie jest bezpłatne?’ Zgadzasz się z nią?”, do tego proste przyciski „tak” i „nie”, czyli wszystko podane w taki sposób, żeby odbiorca nie zastanawiał się ani chwili nad kontekstem, tylko natychmiast zajął stanowisko, najlepiej emocjonalne, najlepiej oburzone, bo właśnie o to w tym chodzi – nie o informację, tylko o reakcję.

Historia, która zaczęła się od piosenki i na chwilę połączyła bardzo różnych ludzi

Zaczęło się od utworu nagranego przez Bedoes 2115 razem z Mają, dziewczynką chorującą na raka i będącą podopieczną Fundacji Cancer Fighters. „Diss na raka” — tak nazwano tę piosenkę i to właśnie ona poruszyła ludzi, zaczęła krążyć w internecie, była przekazywana dalej i docierała coraz szerzej. Wtedy pojawił się kolejny krok. Patryk Garkowski, młody, dwudziestokilkuletni twórca, włączył transmisję i zaproponował prostą zasadę: jeden lajk to jedna sekunda. Ile reakcji, tyle trwa stream -  a dla tych, którzy nie śledzą internetu na co dzień, dodam tylko, że stream to nic innego jak transmisja na żywo, w której ktoś nadaje w czasie rzeczywistym, a inni mogą to oglądać, reagować i być w tym razem, tu i teraz. To, co zaczęło się zwyczajnie, stało się nadzwyczajne. Transmisja trwała dziewięć dni. Była głośna, żywa, pełna emocji, momentami chaotyczna, z ludźmi, którzy pojawiali się i znikali, z rozmowami, śmiechem, wzruszeniem, z kolejnymi osobami, które przychodziły i chciały w tym uczes...

Prezydent wszystkich Polaków – a jednak nie wszystkich

  Piszę o człowieku, który przyszedł do polityki z obietnicą bardzo prostą, a jednocześnie bardzo potrzebną. O obietnicy uspokojenia tego, co od lat w Polsce jest napięte, podzielone i coraz mniej zdolne do rozmowy. Karol Nawrocki mówił o sobie jako o kandydacie obywatelskim, podkreślał, że nie jest człowiekiem partii, że chce stanąć ponad sporem, który przez lata dzielił ludzi na dwa wrogie obozy. W jego słowach wracała myśl, że prezydent powinien być dla wszystkich, a nie tylko dla tych, którzy na niego głosowali. I być może właśnie dlatego tak wielu ludzi mu uwierzyło.

„To, czego mamy nie zobaczyć”

 Kilka dni temu w Sejmie trwały obrady dotyczące sprawy kryptowalut, która przestała być już tylko tematem dla wąskiego grona zainteresowanych rynkiem finansowym, bo coraz wyraźniej widać, że dotyczy wielu ludzi, którzy stracili swoje pieniądze i dziś zostali z problemem, którego nikt nie potrafi im jasno rozwiązać, a państwo zamiast dawać poczucie bezpieczeństwa, zostawia ich w niepewności i bez odpowiedzi. I właśnie w takim momencie, kiedy rozmowa powinna być skupiona na faktach, decyzjach i odpowiedzialności, na salę wchodzi Dariusz Matecki, trzymając w rękach transparent, który nie odnosi się do tej sprawy, tylko przenosi uwagę w zupełnie inną stronę, uruchamia emocje i natychmiast zmienia kierunek patrzenia widza, bo zamiast pytań o pieniądze i decyzje pojawia się wskazanie innego tematu.

Kto ma nas uczyć prawdy – i kto za to zapłaci

Nie będę udawać spokoju, bo go w sobie nie mam. Jest we mnie złość. Taka zwyczajna, ludzka, trudna do przełknięcia. Bo mam poczucie, że coś dzieje się na naszych oczach i próbuje się to nazwać czymś zupełnie innym, niż jest naprawdę. Kilka dni temu Karol Nawrocki powołał Radę Nowych Mediów przy Pałacu Prezydenckim . W teorii wszystko brzmi dobrze – walka z dezinformacją, troska o standardy, porządkowanie chaosu informacyjnego. Można by powiedzieć: wreszcie ktoś chce zrobić z tym porządek. Tylko że ja już nie potrafię słuchać samych deklaracji. Patrzę na fakty.

Republika i jej prawda. O tym Jak Tusk spotkał się z Putinem

  Dzisiaj rano, przy porannej kawie, przeglądając Facebooka, zatrzymałam się na jednym zdjęciu. Na nim Dorota Arciszewska Mielewczyk — uśmiechnięta, elegancka, stojąca na tle ścianki telewizji Republika. A za nią wielkie hasła: „Witamy w domu wolnego słowa” i „#włącz prawdę”. Zatrzymałam się. Bo takie hasła zawsze brzmią poważnie. A im poważniej brzmią, tym bardziej mam ochotę sprawdzić, co się za nimi kryje. Nie mam złudzeń wobec tej stacji i nigdy nie miałam. To nie jest telewizja informacyjna, tylko narzędzie przekazu — jednostronnego, emocjonalnego, często zwyczajnie nierzetelnego. Można się z kimś nie zgadzać, można mieć poglądy, ale czym innym jest opinia, a czym innym tworzenie własnej wersji rzeczywistości. I przypomniał mi się od razu pasek z dnia wyborów na Węgrzech. Pamiętacie? Według Republiki jeszcze długo wygrywał Orban. Rzeczywistość swoje, pasek swoje. To nie był wyjątek. Żeby nie być gołosłowną, zaczęłam szukać. I znalazłam zrzut ekranu sprzed dwóch lat. Paski...

Dlaczego oni mnie nie słyszą? Odpowiedź przyszła przypadkiem

Wczorajszy dzień był dla mnie pełen satysfakcji. Na co dzień nie zajmuję się sensacjami z mojego miasteczka, żyję trochę obok tych wszystkich lokalnych przepychanek, ale przychodzi czasem taki moment — taka kropka nad „i” — kiedy człowiek czuje, że już nie może milczeć, że musi nazwać coś po imieniu i po prostu stanąć po swojej stronie. Tak było i tym razem. Opublikowałam na Facebooku tekst mojego męża, który udowadnia  kłamstwo. Dlaczego to zrobiłam? -  bo poczułam, że to już zaszło za daleko. Nie po to, żeby kogokolwiek przekonywać, przeciągać na swoją stronę czy wygrywać dyskusję — coraz częściej widzę, że to nie ma większego sensu. Zrobiłam to raczej dla siebie. Żeby być w zgodzie ze sobą. Wieczorem,  siedzieliśmy z Wojtkiem i opowiadałam mu o sytuacji sprzed kilku dni.

Obca i Niemiec. Czyli jak zamykamy rozmowę jednym zdaniem

  Lubię patrzeć na świat z naszej małej Republiki, którą stworzyliśmy z Wojtkiem. Jakiś czas temu postawiliśmy płot – taki zwyczajny, farmerski: belki, trzy deski, prosta furtka. Nic wielkiego, żadna twierdza. A jednak wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałam – pojawił się spokój. Przecież wiem, że każdy może ten płot przeskoczyć albo przejść między deskami. A mimo to dla mnie stał się czymś więcej niż ogrodzeniem. Jest jak cicha, psychologiczna granica. Na emeryturze odkryłam coś, czego wcześniej nie znałam – lekkość. Taką zwyczajną, codzienną. Robię to, co chcę, żyję swoim rytmem, mam czas pomyśleć, zanim coś powiem. I może dlatego coraz wyraźniej widzę, jak bardzo zmienił się sposób, w jaki dziś ze sobą rozmawiamy. Czasem zaglądam do Internetu. Czytam komentarze, patrzę, jak reagujemy na siebie nawzajem, i coraz częściej mam wrażenie, że to już nie jest rozmowa. To raczej nieustanne udowadnianie sobie racji – za pomocą uproszczeń, półprawd i emocji, które mają „docisnąć” od...

Z czego dziś jesteśmy dumni

 Wczoraj internet zalało zdjęcie, które — sądząc po reakcjach — miało nas wszystkich napawać dumą. Prezydent przy sztandze, obok Mariusz Pudzianowski, obaj w przestrzeni, która wygląda tak, jakby jeszcze chwilę wcześniej ktoś omawiał w niej sprawy państwowe, a nie ustawiał ławkę do wyciskania. I nie wiem, co mnie w tym obrazie zatrzymało bardziej — sama scena czy miejsce, w którym się wydarzyła. Bo trudno oprzeć się wrażeniu, że to nie jest zwykła siłownia, tylko wnętrze, które pamięta zupełnie inne ciężary. I wtedy pojawia się pytanie, którego nie sposób nie zadać: czyżby gdzieś po drodze trzeba było wynieść stół, żeby zrobić miejsce na sztangę? Może przesadzam. Może to tylko niewinna zmiana aranżacji.

Między życzeniami a nienawiścią

  Święta, święta i… po świętach. Wracamy do codzienności. Do poranków spokojnych, jeszcze trochę świątecznych w środku, choć kalendarz już mówi co innego. Siadam z kawą przed komputerem, czarny kot układa się na poduszce obok monitora. Zaglądam do internetu – tak po prostu, z ciekawości. I trafiam na zdjęcie Katarzyny Tusk z dziećmi. Koszyczki wielkanocne, zwyczajny moment, jakich w te dni było wiele. Zdjęcie, zrobione z ukrycia  wrzucone w drugi dzień świąt.  Kilka adekwatnych komentarzy. Spokojne, ciepłe, takie, jakie się wtedy pisze: zdrowia, radości, rodzinnego czasu. I przez chwilę wszystko jest dokładnie takie, jakie powinno być.

Słowa przed wyborami, refleksje przed świętami

Czwartkowy poranek tuż przed Wielkim Piątkiem. Słońce ogrzewa lekko zmarzniętą, pokrytą szronem ziemię i przez chwilę można mieć złudzenie, że świat zwalnia, że coś się uspokaja, że może choć na moment da się odetchnąć od tego wszystkiego, co od lat towarzyszy nam w przestrzeni publicznej. Dzisiaj, zupełnie przypadkiem, trafiłam na wystąpienie sprzed wyborów prezydenckich Karola Nawrockiego  i zatrzymałam się przy jednym zdaniu, które – trzeba to uczciwie powiedzieć – było zdaniem bardzo nośnym: „Nie mam najmniejszej wątpliwości , że jako naród musimy wreszcie podjąć trud wygaszania wojny polsko polskiej , bo tu chodzi o Polskę , a nie o wojnę polsko polską”.