Minęło parę dni, a Barbary jak nie ma, tak nie ma. Jan się tym zbytnio nie przejmuje. Rano snuje się po łąkach, przy gnieździe nic nie robi. Po południu, z faktu, że wiatr łeb urywa, zaległ w gnieździe, tak że prawie go nie widać (zwykle stoi na jednej nodze). Nie wiem, z dołu za dobrze nie widać, ale może łoi tam piwo z puszki i grzeje się w młodym słonku. To by tłumaczyło, skąd tyle pustych puszek wala się po okolicy. Zapewne jednym okiem lustruje horyzont, by go pani bocianowa nie nakryła na tym bumelanctwie. Jak tak dalej się będzie spóźniać, to jest niebezpieczeństwo, że w gnieździe zastanie młodszy model, z którym Jan będzie uprawiał bara bara. I będzie wielka awantura. A co jak się nie uda młodszego modelu przepędzić, ha? Barbara będzie musiała poszukać sobie nowego Jana z gniazdem, a z tym w okolicy może być niestety trudno, bo wszyscy już zajęci. Jaka jest puenta tej krótkie opowiastki? Drogie Barbary (i nie tylko Barbary) nie zostawiajcie na długo swoich Janów bez dozo...