Wstałem dzisiaj kwadrans na piątą. Od lat tak wstaje. Pod drzwiami wyjściowymi kłębił się już tłum futrzastych, z Mimi na czele komitetu kolejkowego. Wypuściłem towarzystwo na dwór, które momentalnie rozbiegło się po terenie łowieckim. Ja zaś skierowałem twarz w stronę słońca, które przysiadło na kalenicy białej szopy. Po sześciu latach jestem uodporniony na landszafty, jakie czaruje w Natangii Matka Natura. Ale widok budzącego się po nocy ogrodu, zawsze sprawia, że przysiadam z wrażenia. Na ganku wyłożona jest zapobiegawczo mała, gustowna poduszeczka, co by wilka nie złapać od zimnego (po nocy) betonu. Siedziałem więc chwilę w chłodzie świtania (+7C), omywany fotonami, chłonąłem spektakl „światło i dźwięk”. To pierwsze zapewniała pruska bogini słońca Saūli, to drugie zaś ptaszkowie rozliczni, wspomagani krowami sąsiadów. Tak się żyje na wsi, zwłaszcza mieszkając na kolonii. Robisz krok z domu i jesteś na łonie natury, zwłaszcza gdy to łono rozpościera się wkoło, podchodzi pod sa...