Dziewięć lat mieszkania bez oglądania tego, co poza naszą małą Republiką, którą stworzyliśmy z Wojtkiem, zupełnie zmieniło moją perspektywę. Długo żyłam w takim zamkniętym, bezpiecznym świecie – nie z wyboru ignorancji, ale z potrzeby spokoju i skupienia na tym, co prawdziwe, dotykalne, bliskie. Aż nagle – jakbym wynurzyła się z podwodnego statku. Patrzę przez peryskop na świat i... nie dowierzam. Zaskoczenie miesza się ze zniesmaczeniem. I lękiem. Bo to, co widzę przez peryskop, nijak się ma do tego, co widzę z okna mojej pracowni. Tam – ogród, w którym królują malwy, floksy i hortensje. Tu – chaos, przemoc, dziwna kakofonia postaci, obrazów i krzyków. Wystarczy wziąć do ręki telefon i przesuwać palcem te wszystkie rolki, stories, newsy. Jakby świat stał się zbiorem skrawków, wycinków, osądów i wykrzyczanych racji. Całkiem niedawno pisałam Wam o Robercie Bąkiewiczu. Postaci, która budzi kontrowersje od samego początku – od dziwnego rozwodu, który wygląda jak ucieczka przed długam...