Pisałam wam już o Bobie, nowym kocie, który pojawił się w domu pod bocianem. Przychodzi codziennie, coraz odważniej podchodzi pod dom. Obawia się jedynie Kudła. Kiedy Bob go zobaczy ucieka gdzie pieprz rośnie.
Odkąd moja prawa ręka zaniemogła wróciłam po rozum do głowy. Człowiek nie żyje tylko po to aby remontować i uprawiać warzywniak. Cieszy mnie bardzo nasz warzywniak, ale jeśli zachoruję, to nawet ekologiczne warzywa nie pomogą. Wiem, wiem, mówiłyście, no ale człek ze mnie uparty, uczący się na własnych błędach, a nie na cudzych.
Nie, to nie Toskania :-) to jedna z dróg, która prowadzi ze wsi do naszego domu na koloni. Droga wije się jak wstążka pomiędzy położonymi na pagórkach uprawnymi polami. Część tej pięknej drogi wyłożona jest brukiem. Moim samochodem przejezdna jest w upalne bezdeszczowe lato. Jesienią czy też zimą sprosta jej tylko auto terenowe lub traktor.
Lubię fotografować swoje codzienne życie, a ponieważ prawa ręka w dalszym ciągu nie jest sprawna mam więcej czasu na pstrykanie. Gotowanie towarzyszy kobiecie od zawsze. Kiedy mieszkałam jeszcze z rodzicami, gotowała moja mama. To był luksus, wracało się z pracy a obiad był już ugotowany. Potem wyprowadziłam się do samodzielnego mieszkania i wpadłam w wir pracy zawodowej. Posiłki robiłam na szybko, bywało, że z półproduktów.
Każde miasteczko ma swoje dni, miało też i nasze. Dobrych kilka lat temu w trójmieście, uczęszczałam na tego typu imprezy. Chyba najmilej wspominam koncert zespołu Dżem w 2007r. na dni Pruszcza Gdańskiego.
Jakiś czas temu organizowaliśmy ognisko. Joanna z drugiego krańca naszej wsi, jak określiła ją jej córka - czarodziejka w kuchni, przyniosła parę swoich specjałów. Kiedy posmarowałam chleb smalcem nawet do głowy mi nie przyszło, że jest on z fasoli.
Pijąc poranną kawę zobaczyłam film umieszczony przez Beatę na Fb. Tutaj można go zobaczyć Oglądając go ruszyła lawina wspomnień. 21 listopada 2011 roku na starym blogu napisałam tekst
Ostatnio udało nam się zobaczyć dwa filmy, o których chciałabym wam opowiedzieć. Pierwszy z nich oglądałam przedwczoraj - "Bractwo Bang Bang". Film na faktach autentycznych, historia czterech fotografów wojennych. Fotografia jest moją największą pasją, niestety lekko przykurzoną z powodu życiowych zmian. Film warty zobaczenia nie tylko dla ludzi robiących zdjęcia.
O poranku, jeszcze w koszuli nocnej, z kubkiem czarnej kawy siadam na schodach domu. Lubię te moje poranki. Bez pośpiechu, ponaglań, obowiązków. Wczoraj byliśmy na wycieczce po okolicy, ale ja gapa nie sprawdziłam, że aparat nie ma karty pamięci.
Rok temu z powodu remontu nie mieliśmy czasu ani ochoty aby pozwiedzać okolicę, a jest ona naprawdę przepiękna. Wiele rejonów w Polsce zwiedziłem, ale Natangia, lub jak kto woli północna Warmia, jest unikatowa.
Od czasu do czasu Wojtek podpytuję się mnie czy obraziłam się na bloga. Nie, odpowiadam, pochłonęli mnie realni ludzie i Warmia. Co jakiś czas odwiedzają nas Dorota z Jurkiem. Chcąc ich zachęcić to tego skrawka pięknej ziemi jeździmy na wycieczki po okolicy.
Drzewa z których je zrobiono sadzono w epoce napoleońskiej albo wcześniej. Ścięto je w latach trzydziestych zeszłego wieku, zbudowano z nich stodołę. Palone słońcem, spłukiwane deszcze, zmrażane w zimie, przetrwały prawie sto lat, aż zburzono starą stodołę.
Wczoraj Wojtek napisał wpis rocznicowy. Tak, pod tym względem z Wojtkiem dobraliśmy się idealnie, oboje jesteśmy bardzo refleksyjni. Lubimy patrzeć w przeszłość, oceniać czas miniony.