Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z lipiec, 2026

Wiek spokoju

  Coraz częściej odnoszę wrażenie, że życie nie tyle daje odpowiedzi, ile powoli odbiera nam złudzenia. Nie dzieje się to jednego dnia. Nie budzimy się rano z poczuciem, że od dziś będziemy patrzeć na świat inaczej. To przychodzi po cichu, między jedną przeczytaną książką a drugą, między kolejną wiadomością w telewizji a komentarzami pod nią, między rozmową z kimś bliskim a długim milczeniem, które zostaje po niej. Kiedy byłam młodsza, wydawało mi się, że najważniejsze jest ustalenie, kto ma rację. Wierzyłam, że jeśli tylko będę wystarczająco uważnie obserwowała świat, uda mi się oddzielić dobro od zła, uczciwość od zakłamania, prawdę od manipulacji. Dzisiaj nadal uważam, że prawda ma znaczenie, ale coraz mniej wierzę w to, że człowiek odnajduje ją wyłącznie dlatego, że wygrał jakiś spór.

Kobieta, którą kiedyś byłam

  To miało potrwać zaledwie kilka minut. Szukałam jednego tekstu, który chciałam wykorzystać do zupełnie innego wpisu. Nie pamiętałam, czy został na blogu, czy umieściłam go w książce Droga do domu . Sięgnęłam więc po nią, zaczęłam kartkować kolejne strony i zupełnie nie wiem, w którym momencie przestałam szukać. Jeden tekst prowadził do następnego, następny przywoływał kolejne wspomnienia i nagle okazało się, że zamiast szukać, czytam opowieść o kobiecie, którą sama kiedyś byłam. To dziwne uczucie czytać własne słowa po tylu latach. Człowiek pamięta wydarzenia, pamięta ludzi, pamięta te najważniejsze zakręty swojego życia, ale zaskakująco łatwo zapomina o codzienności. O zwykłych dniach, które wtedy wydawały się zupełnie zwyczajne, a przecież to właśnie z nich składa się całe nasze życie.

Rosja napada, ludzie uciekają. Historia, o której nie wolno zapomnieć

  Do tego tekstu wracam po ośmiu latach. Napisałam go jesienią 2018 roku po rozmowie z panią Magdaleną Heidenreich, rodowitą mieszkanką Dobrzynki. Najpierw opublikowałam go na swoim blogu, później Wojtek umieścił go w książce „Lansberg”.  Kilka dni temu otrzymałam propozycję, aby mój tekst „Nie jestem z Górowa” został opublikowany na łamach „Nowin Wschodnich”. Cieszyłam się, że trafi do szerszego grona czytelników. Nie przypuszczałam jednak, że jego publikacja tak szybko stanie się początkiem czegoś znacznie większego.

Każdy pokazuje tylko fragment siebie

  Od kilku tygodni chodzi za mną pewna myśl. Nawet przegadałam ją z bliską internetową koleżanką, licząc na to, że kiedy wypowie się coś na głos, wszystko jakoś się poukłada. Nie poukładało się. Wręcz przeciwnie. Co jakiś czas algorytm z uporem podsuwa mi rolki pewnej influencerki i za każdym razem wraca to samo pytanie. Nie chcę podawać nazwy jej kanału, bo ten tekst nie jest o niej. Ona jest jedynie pretekstem do opowiedzenia o mechanizmie, który od dawna mnie fascynuje i jednocześnie trochę niepokoi.

Kto jutro wykona ich pracę?

  Wczoraj wieczorem usłyszałam wypowiedź właściciela jednego z hoteli, który powiedział, że nie wyobraża sobie sytuacji, w której z dnia na dzień wszyscy Ukraińcy opuszczają Polskę, bo zwyczajnie nie miałby kto pracować. Nie była to wypowiedź polityka ani ekonomisty, lecz człowieka prowadzącego firmę i każdego dnia zmagającego się z rzeczywistością, której nie widać z poziomu internetowych rolek i wojennych okrzyków. I pomyślałam, że właśnie te kilka zdań powiedziało o naszej obecnej rzeczywistości więcej niż setki wpisów, które od miesięcy przewijają się przez media społecznościowe.

Zanim wydasz wyrok, przeczytaj

  Patrzę przez okno naszej sypialni. Tuż obok stoi moje białe biureczko na koziołkach z Ikei, a za szybą rozciąga się widok, który chyba nigdy mi się nie znudzi. Najpierw różowa malwa, wysoka i dumna, potem mydelnica – roślina niepozorna, która gdybym tylko pozwoliła, zaanektowałaby pół ogrodu. Może jej kwiaty nie należą do najbardziej spektakularnych, ale zapach potrafi zaczarować całe otoczenie. Dalej białe floksy, które po deszczu wyglądają jeszcze piękniej. Wczoraj przeżywaliśmy afrykańskie upały. Powietrze stało w miejscu, ziemia wołała o wodę, a człowiek marzył choćby o jednym porządnym deszczu. Dziś od rana pada i przyznam szczerze – jestem za ten deszcz ogromnie wdzięczna. Nie tylko dlatego, że wyręcza mnie w podlewaniu rabat. Przede wszystkim dlatego, że przynosi ulgę. Drzewa odżyły, kwiaty podniosły głowy, a świat znów oddycha spokojniej. Siedzę z kubkiem kawy i myślę, że w takie dni człowiek powinien odpuścić wszystko, co niepotrzebnie zabiera mu spokój.

"Ludzie ludziom zgotowali ten los"

  Tekst, który za chwilę przeczytacie, napisałam piętnaście lat temu po wizycie w byłym obozie koncentracyjnym Stutthof. Pisząc ostatni felieton, przypomniałam sobie właśnie jego zakończenie.  Poprosiłam Wojtka, żeby odnalazł go w archiwum mojego dawnego bloga. Byłam przekonana, że właśnie tam trzeba go szukać. Wojtek tylko się uśmiechnął i po chwili położył przede mną książkę " Droga do domu"  Zupełnie zapomniałam, że zaledwie kilka lat temu wspólnie wybieraliśmy teksty z bloga do jej wydania i że ten również się w niej znalazł. Widocznie pamięć bywa wybiórcza. Czasem żartuję, że trafił mi się człowiek renesansu. Informatyk, dziennikarz, założyciel Kuriera Górowskiego , autor książek, wydawca, redaktor i człowiek, który przygotował moją książkę do druku. Nic dziwnego, że pamięta ją lepiej ode mnie. Przeczytałam ten tekst po raz pierwszy od wielu lat. Nie dlatego, żeby coś w nim poprawiać. Teksty są jak fotografie – zatrzymują nie tylko wydarzenia, ale również człowieka, ...

Zanim padnie pierwszy strzał

  Od kilku dni łapię się na czymś dziwnym. Wstaję rano, biorę kubek kawy i wychodzę do ogrodu. Przez chwilę wszystko wydaje się dokładnie takie, jakie powinno być. Malwy są już wyższe ode mnie, floksy pachną jak co roku, kot przeciąga się leniwie na tarasie, a ja myślę sobie, że właśnie dla takich poranków dziesięć lat temu razem z Wojtkiem postanowiliśmy zamieszkać na wsi. Chcieliśmy ciszy, chcieliśmy zwolnić, chcieliśmy żyć bliżej natury niż polityki. Potem wracam do domu, otwieram komputer i ten spokój zaczyna powoli znikać.

Pamiętać nie znaczy nienawidzić

  Od kilku dni noszę w sobie pewną myśl i im bardziej próbuję ją od siebie odsunąć, tym częściej wraca. Wszystko zaczęło się od mojego poprzedniego felietonu o Górowie Iławeckim. Napisałam go właściwie dlatego, że poruszyły mnie komentarze pod zdjęciem ratusza, a jeszcze bardziej wspomnienia ludzi, których spotkałam przez ostatnie dziesięć lat. Kiedy tekst został opublikowany, przeczytałam dziesiątki komentarzy. Jedne były niezwykle mądre,  jeszcze inne zostawiały we mnie trudny do nazwania niepokój. Nie potrafiłam jednak zrozumieć, skąd ten niepokój się bierze. Dopiero później, trochę z ciekawości, a trochę z potrzeby uporządkowania własnych myśli, weszłam na profil Kancelarii Prezydenta i wtedy zrozumiałam, że nie chodzi mi już o historię. Chodzi o pamięć. A to przecież nie jest to samo. Przeglądałam kolejne wpisy i zauważyłam, że niemal wszystkie dotyczą Wołynia. Kolejne uroczystości, kolejne przemówienia, kolejne zdjęcia, kolejne apele o pamięć. Znalazłam również wpis poś...

Nie jestem z Górowa - czyli historia pewnego zdjęcia

  Nie jestem z Górowa Iławeckiego. Od ponad dziesięciu lat mieszkam na wsi położonej kilka kilometrów od miasta i kiedy dzisiaj wracam myślami do chwili, w której razem z Wojtkiem podjęliśmy decyzję o przeprowadzce, dochodzę do wniosku, że historia tego miejsca nie miała dla mnie wtedy większego znaczenia. Nie zastanawiałam się, kto mieszkał tutaj przed wojną, nie analizowałam map ani dawnych granic. Liczyło się tylko jedno – nasze wspólne marzenie o domu na wsi, z dala od miejskiego pośpiechu i hałasu. Chcieliśmy żyć spokojniej, bliżej natury i bliżej siebie. To był jedyny plan, jaki wtedy mieliśmy. Zapewne gdyby nie Wojtek, wiele rzeczy nigdy nie zwróciłoby mojej uwagi. Jest pasjonatem historii i z ogromnym zaangażowaniem od lat odkrywa dzieje tych okolic. To on pokazywał mi stare fotografie, opowiadał o dawnym Landsbergu, o mieszkańcach Prus Wschodnich i o ludziach, których życie w jednej chwili rozsypało się wraz z końcem wojny. Słuchałam go z zainteresowaniem, ale dopiero po ...

Najtrudniejsza podróż prowadzi do siebie

  Kilka lat temu zrozumiałam, że znacznie łatwiej jest zdyskredytować człowieka niż zmierzyć się z tym, co ma do powiedzenia. Nie trzeba odpowiadać na pytania. Wystarczy sprawić, żeby pytającego przestano traktować poważnie. Przekonałam się o tym wtedy, kiedy mój mąż zaczął prowadzić Kuriera Górowskiego . Wydawało mi się, że jeśli ktoś nie zgadza się z publikowanymi materiałami, odpowie argumentami. Życie szybko zweryfikowało to przekonanie. Z czasem zauważyłam, że znacznie łatwiej przykleić człowiekowi etykietę niż podjąć rzeczową rozmowę. Dzisiaj bardzo modne stało się słowo „hejt”. Mam jednak wrażenie, że coraz częściej używa się go wobec ludzi, którzy po prostu krytykują osoby pełniące funkcje publiczne albo zadają niewygodne pytania. A przecież krytyka nie jest hejtem. Demokracja bez krytyki przestaje być demokracją. Do dzisiaj pamiętam telefon, który odebrliśmy  całkiem niedawno. Usłyszałam wtedy: „Na mieście mówią, że Wojtek przyczynił się do śmierci Pawła Adamowicza”. ...