Przejdź do głównej zawartości

„Uśmiechnięta Polska? Wolę uśmiechnięte życie.”


 Kiedyś takie komentarze potrafiły mnie naprawdę zdenerwować. Czułam się atakowana, niezrozumiana. Dziś reaguję inaczej. Dziś niektórzy ludzie już mnie nie irytują. W pewnym sensie jestem im nawet wdzięczna — bo gdyby nie oni, nie miałabym pomysłów na felietony. A tak – proszę bardzo, palce same tańczą po czarnej klawiaturze.

Co jakiś czas czytam u siebie o „uśmiechniętej Polsce”. To hasło, którym często posługują się zwolennicy  PiS-u — w tonie ironii, jakby chcieli powiedzieć: „No i co, dobrze się pani żyje w tej swojej uśmiechniętej Polsce?”
Otóż dobrze. Ale nie dlatego, że żyję w kraju rządzonym przez takich czy innych polityków.
Dobrze mi się żyje, bo swoje szczęście buduję sama. Na wsi, wśród kotów, z człowiekiem, którego kocham, i w rytmie, który wybrałam.

Ostatnio słuchałam pani Ewy Woydyłło, która mówi, że szczęścia można się nauczyć. Że ono nie przychodzi z zewnątrz – ani z urzędu, ani z partii, ani z telewizora. Szczęście jest w nas.
To tak jak z niebem, które tak często pokazuję w filmach. Czasem jest błękitne i czyste, czasem zasnute szarymi chmurami jak stara ściereczka. Ale niezależnie od pogody – to wciąż jest to samo niebo.
I tak samo jest z nami. Nie da się być nieustannie szczęśliwym. Ale można nauczyć się przeczekiwać chmury, wiedząc, że słońce i tak kiedyś wróci.

A wracając do komentarza – obojętnie, czy jego autorka sympatyzuje z PiS-em czy z kimkolwiek innym – żaden polityk nie ma wpływu na mój dobrostan.
Możemy się z kimś zgadzać lub nie, ale nie powinniśmy swojego szczęścia kłaść na szali politycznych emocji. Bo polityka mija. A nasze życie – trwa.

Kilka dni temu słuchałam Marii Dudziak. Tuż przed 82. urodzinami. Uśmiechnięta, pogodna. Powiedziała coś, co mnie zatrzymało:
„Po sześćdziesiątce poznałam wspaniałego partnera, zaczęłam pisać książki, a mając siedemdziesiąt lat wybudowałam swój pierwszy dom.”
Pomyślałam wtedy: tak, właśnie tak rozumiem uśmiechniętą Polskę.
Nie tę z billboardów i przemówień, ale tę – w której kobieta po sześćdziesiątce potrafi jeszcze marzyć, budować, kochać i zaczynać od nowa.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Nie będzie nas, będzie las

Przebieramy już nogami. Jeszcze tylko czwartek, piątek i kawałek soboty. I znowu zakaszemy rękawy, ubierzemy kaloszki i gumofilce. Czeka na nas huk roboty. Zabierzemy się za tworzenie warzywnika.

Robi się

Boli mnie bark prawej ręki, dlatego nie będzie długiego tekstu. Czy widząc poniższe zdjęcia  wierzycie, że kiedyś będzie tu pięknie?