Przejdź do głównej zawartości

„Nie tylko nauczyciele – refleksje o pracy i emeryturach”

 


Dwa dni temu zobaczyłam na profilu premiera Tuska rolkę z nauczycielkami, które poszły zawalczyć o swoje.

Jedna z nich mówiła, że po dwudziestu latach pracy ma niespełna sześć tysięcy złotych. Pomyślałam — dobrze, że poszły, dobrze, że mówią o tym publicznie. Bo zawód nauczyciela jest trudny: wymaga cierpliwości, odporności i serca do młodych ludzi, którzy dziś bywają zagubieni i głośni. Praca trwa nie tylko w czasie lekcji, ale też poza nimi, z przygotowaniami i troską o uczniów.

Wczoraj byłam w ZUS-ie. Dowiedziałam się, ile dostanę emerytury. Cieszę się, że dożyłam jej w zdrowiu, że mam dach nad głową i że mogę jeszcze tworzyć. I jednak wróciło we mnie ciche zdziwienie — nie z zazdrości wobec nauczycieli, raczej z potrzeby sprawiedliwości.

Wróciłam wtedy też na Instagram i zostawiłam komentarz pod rolką Tuska: 

"Panie Premierze, z uwagą obejrzałam rozmowę z nauczycielami. Zawsze z podziwem patrzę na Pana wytrwałość i zaangażowanie — głosuję na Pana od lat. Niech mój komentarz nie będzie odebrany jako krytyka, a raczej jako głos z troski. W Polsce walczy się głównie o podwyżki dla nauczycieli i pielęgniarek — i bardzo dobrze, to trudne zawody. Ale chciałabym nieśmiało przypomnieć, że są też inne grupy zawodowe: panie w sklepach, na poczcie, w biurach, kolejarze......"

Mój syn, Karol, powiedział ostatnio, że na dzisiejsze czasy sześć tysięcy złotych to wcale nie jest dużo. I ma rację — dla młodych często ledwie wystarcza na kredyt i rachunki. Ale w moim pokoleniu to wciąż brzmi jak spora suma. I raczej nie osiągalna . Może dlatego, ta informacja o zarobkach nauczycieli obudziła we mnie nie tylko refleksję, ale też kontrast między pokoleniami — między tym, co pamiętam, a tym, co jest dziś.

Mogłam zaryzykować, szukać innej pracy, zamiast trzymać się kurczowo jednej firmy, takich składek i takiej przyszłej emerytury. Czuję lekki dyskomfort, bo jakieś szesnaście lat temu przez krótką chwilę zarabiałam dokładnie tyle, ile teraz dostanę emerytury. Pamiętam tę kwotę, bo pozwalała mi żyć od nowa – z synem, w wynajętym mieszkaniu. Właśnie tyle wtedy potrzebowałam, żeby nas utrzymać. Minęło szesnaście lat. 

Kiedyś inny zawód stawiano na piedestale — górnicy. Pamiętam, jak całe miasta żyły ich pracą, jak mówiono z szacunkiem o ciężkich dniach pod ziemią, o niebezpieczeństwach, o trudzie. To byli ludzie, których się słuchało i którzy mieli swoje święta. Dziś innymi grupami, wokół których toczy się publiczna debata i które zbierają najgłośniejsze słowa wsparcia, bywają nauczyciele i pielęgniarki — i dobrze, że ich głos wreszcie jest słyszalny. Ale czy to znaczy, że reszta ludzi przestała zasługiwać na uwagę? Na godne życie? 

Myślę o pani w sklepie, co wstaje bladym świtem, o listonoszce, o sprzątaczce, o kolejarzu, co przez lata dbał, by pociągi jeździły punktualnie. O tych wszystkich, którzy pracowali „po cichu”, bez kamer i transparentów. Oni też są częścią tej Polski, którą ktoś składa z drobnych gestów i codziennych obowiązków. Kto czasem powie o nich dobre słowo?

Nie chcę umniejszać nikomu — nauczyciele i pielęgniarki zasługują na godne życie i szacunek. Chodzi mi o to, byśmy nie zapominali o tych, którzy nie mieli medialnych przemówień, ale mieli pracę do zrobienia i obowiązek do wypełnienia. Bo sprawiedliwość społeczna nie polega na wybieraniu kilku zawodów do wyróżnienia, lecz na zauważeniu wszystkich, którzy swoją pracą trwają przy nas.

Kiedy widzę, jak premier spotyka się z nauczycielkami, a z drugiej strony prezydent Nawrocki zapowiada ulgi dla rodzin z dwójką dzieci, mam wrażenie, jakbym znów była w szkole podstawowej. Nauczyciel nagradza tych, co siedzą w pierwszych ławkach – zdolnych, pewnych siebie, głośnych. A w ostatnich ławkach też siedzą uczniowie. Może mniej pewni siebie, ale równie wrażliwi. I oni też chcieliby być zauważeni. 

 Dziś, jako kobieta, która podejmowała różne prace i czasem musiała iść na kompromis, czuję taki dziwny niesmak — nie z zazdrości, raczej z bolesnego pytania: czy wszyscy ci cisi pracownicy też będą mogli spokojnie zapewnić rodzinie  jedzenie, rachunki, bezpieczeństwo? 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Nie będzie nas, będzie las

Przebieramy już nogami. Jeszcze tylko czwartek, piątek i kawałek soboty. I znowu zakaszemy rękawy, ubierzemy kaloszki i gumofilce. Czeka na nas huk roboty. Zabierzemy się za tworzenie warzywnika.

Robi się

Boli mnie bark prawej ręki, dlatego nie będzie długiego tekstu. Czy widząc poniższe zdjęcia  wierzycie, że kiedyś będzie tu pięknie?