Lubiłam go.
Powiem
więcej — to dzięki niemu zaczęłam oglądać obrady Sejmu.
Nie dlatego,
że nagle pokochałam politykę, ale dlatego, że pojawił się w niej ktoś, kto
przypominał człowieka z krwi i kości.
Nie z
tektury, nie z partyjnych haseł.
Z poczuciem humoru, dystansem i błyskiem w oku, który nie był cyniczny.
Szymon
Hołownia.
Pamiętam,
jak rozładowywał napięcia, jak jego żarty potrafiły rozproszyć ciężkie, pełne
agresji powietrze sejmowe.
To trzeba
być inteligentnym i oczytanym człowiekiem, żeby tak żartować — z klasą, bez
jadu.
I może
właśnie tym mnie kupił.
A może nie
kupił, tylko przekonał, że jeszcze można inaczej.
A potem
zaczęłam czytać komentarze.
„Wracaj
do Mam talent!”, „Płaczek”, „Showman, nie marszałek”.
Było mi go
żal, ale jeszcze bardziej było mi żal nas — ludzi, którzy potrafią z człowieka
zrobić pośmiewisko tylko dlatego, że jest inny.
Bo przecież
Hołownia to nie tylko telewizja.
To także
człowiek, który stworzył Dobrą Fabrykę i Fundację
Kasisi, oddając czas, pieniądze i serce ludziom, których świat zazwyczaj
nie widzi.
To jest ten
fragment jego biografii, o którym mało kto chce pamiętać.
Ale teraz,
gdy mówi o odejściu z polityki, gdy słyszę o długu partii Polska 2050 (ponad 9
milionów złotych) i jego planach związanych z ONZ, czuję coś więcej niż tylko
współczucie.
Czuję
dysonans.
Bo z jednej
strony — tak, rozumiem go.
Jeśli coś
cię gniecie, jeśli czujesz, że dusisz się w roli, której już nie czujesz — masz
prawo odejść.
Sama to
powtarzam.
My z
Wojtkiem też zmieniliśmy miasto na wieś, bo chcieliśmy żyć inaczej.
Więc wiem,
co znaczy odwaga pójścia za sobą.
Ale z
drugiej strony — on nie jest tylko „człowiekiem zmęczonym”.
Jest
politykiem, który obiecał ludziom zmianę.
Ludziom,
którzy mu zaufali, wpłacali, wierzyli, że Polska 2050 będzie inna.
Czy nie
powinniśmy oczekiwać, że polityk, nawet jeśli odchodzi, zostawia po sobie
porządek, nie chaos?
Czy empatia
zwalnia z odpowiedzialności?
Nie wiem.
Właśnie o to
się w sobie spieram.
Bo gdy widzę
tę falę hejtu, która znowu się na niego wylewa — znowu we mnie coś mięknie.
Mam
wrażenie, że w tym kraju nie umiemy rozmawiać inaczej niż przez pogardę.
Nie umiemy
powiedzieć: „zawiodłeś mnie, ale nie muszę cię niszczyć”.
Zamiast tego
– słowa jak kamienie.
A ja… cóż,
mam chyba tę przypadłość, że w takich momentach nie potrafię rzucać.
W
psychologii mówią na to „syndrom ratownika”.
Kiedy
wszyscy krzyczą, ja próbuję znaleźć jakieś „ale”, jakąś ludzką okoliczność
łagodzącą.
Nie dlatego,
że chcę usprawiedliwiać — tylko dlatego, że nie znoszę linczu.
Więc stoję
pomiędzy.
Między
współczuciem a zawodem.
Między
rozumieniem a oczekiwaniem.
I myślę
sobie, że może właśnie w tej przestrzeni – między rozczarowaniem a czułością –
jest nasze najprawdziwsze człowieczeństwo.
I że szkoda,
że polityka tak rzadko na to miejsce pozwala.

Komentarze
Prześlij komentarz