Przejdź do głównej zawartości

„Po pierwsze Polska? Po pierwsze człowiek.”


 Wróciłam z Gdańska do naszej Republiki tuż przed 11 listopada. Spacerując po mieście, po raz pierwszy od dawna przyjrzałam się mu tak naprawdę – z dystansem i zachwytem. Kiedy wraca się do Gdańska po dłuższej nieobecności, widać wyraźnie, jak bardzo to europejskie, otwarte miasto. Tętni historią, ale oddycha współczesnością. 

A potem przyszedł dzień, w którym cała Polska świętowała.

Nie pisałam o święcie. Chciałam się po prostu przyjrzeć. Z boku. Jak obchodzimy ten dzień, co mówimy, co śpiewamy, jak wyglądają nasze wspólne święta.

Bo 11 listopada to dzień szczególny – rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości po 123 latach rozbiorów. Dzień, który powinien mieć w sobie radość, wdzięczność i refleksję. Bo przecież to właśnie słabość, kłótnie, brak jedności i wzajemnego szacunku sprawiły kiedyś, że byliśmy łatwym kąskiem dla silniejszych. Wtedy rozrywano nas na części, bo każdy ciągnął w swoją stronę – każdy chciał mieć rację, własne „veto”.

A patrząc dziś na naszą scenę polityczną, trudno nie mieć wrażenia, że historia lubi się powtarzać. Kiedyś liberum veto, dziś – veto na wszystko, co mówi druga strona. Nawet wtedy, gdy chodzi o dobro wspólne. Jedni krzyczą o suwerenności, drudzy o wolności, a między nimi coraz mniej miejsca na rozmowę. Jakbyśmy zapomnieli, że wspólnota, nawet różnorodna, jest naszym największym skarbem – tym, co chroni nas przed upadkiem bardziej niż jakakolwiek armia.

W tym roku słuchałam przemówień. Z jednej strony Donald Tusk – spokojny, wyważony, z przesłaniem o zgodzie i wspólnocie:
„Radujmy się wszyscy, bo Święto Niepodległości to dzień radości wszystkich Polek i Polaków.”
„Patriotyzm to nigdy nie jest Polak przeciwko Polakowi. Patriotyzm to zawsze Polak razem z Polakiem.”
Mówił o cudzie zjednoczenia, o tym, że Polska jest jedna – od Bałtyku po Tatry, od Bugu po Odrę.

Z drugiej strony Karol Nawrocki – głośny, patetyczny, jak zwykle krzyczący bardziej niż mówiący:
„Polska wolna, niepodległa i suwerenna jest naszym zobowiązaniem.”
„Prezydent Polski nigdy nie pozwoli, abyśmy znów stali się papugą narodów powtarzającą to, co przychodzi z Zachodu. Po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy.”
„Gdzie jest nasze jestestwo, nasze wartości chrześcijańskie, które budowały fundamenty Rzeczypospolitej?”

Słuchałam tego i miałam wrażenie, że to dwa zupełnie różne światy. Jeden mówił o wspólnocie, drugi – o walce. Jeden chciał łączyć, drugi – wskazywał wrogów.
A przecież święto niepodległości powinno być dniem wdzięczności, nie gniewu.

W Warszawie, mimo zakazu, znów zapłonęły race. Znowu krzyczano hasła, które z patriotyzmem mają niewiele wspólnego. Nie było poważnych zamieszek, ale była złość – ta sama, która od lat sączy się w ludzi jak trucizna.

Dlatego nawet gdybym mogła, nie poszłabym w tym marszu. Bo dla mnie Święto Niepodległości to dzień radosny, spokojny, wspólny. Dzień, w którym można poczuć dumę, nie pogardę.

Czasem myślę, że prawdziwy patriotyzm nie potrzebuje wielkich słów ani flag na każdym rogu. Nie trzeba krzyczeć „Polska dla Polaków”, by być Polakiem.
Bo co to za patriotyzm, który gardzi Europą, a jeździ niemieckim autem, pracuje w Anglii, robi zakupy we francuskiej sieci i ogląda seriale z Netflixa?
Polskość nie polega na odgradzaniu się od świata, ale na tym, jakim człowiekiem jestem – jak traktuję innych, jak dbam o kraj, który jest moim domem.

Bo 11 listopada przypomina nie tylko o odzyskaniu granic, ale też o duchu tamtej Polski – odważnej, nowoczesnej, mądrej. Wystarczy wspomnieć, że zaledwie kilkanaście dni po odzyskaniu niepodległości Józef Piłsudski podpisał dekret dający kobietom pełne prawa wyborcze. To była Polska, która chciała być równa i otwarta, nie zamknięta w okopach wielkich słów.
I może właśnie tego dziś najbardziej nam potrzeba – żeby znowu być Polską, która łączy, a nie dzieli.

Bo niepodległość to nie pamiątka sprzed wieku. To zadanie na każdy dzień.

      
    Warszawa- zdjęcie z Internetu 




    Gdańsk - zdjęcie z Internetu 

     Warszawa- zdjęcie z Internetu źródło PAP/Paweł Supernek 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Nie będzie nas, będzie las

Przebieramy już nogami. Jeszcze tylko czwartek, piątek i kawałek soboty. I znowu zakaszemy rękawy, ubierzemy kaloszki i gumofilce. Czeka na nas huk roboty. Zabierzemy się za tworzenie warzywnika.

Robi się

Boli mnie bark prawej ręki, dlatego nie będzie długiego tekstu. Czy widząc poniższe zdjęcia  wierzycie, że kiedyś będzie tu pięknie?