Przejdź do głównej zawartości

"Dom dobry "- o filmie

 


Są takie filmy, o których mówi cała Polska. Wystarczy otworzyć internet, żeby zobaczyć dziesiątki opinii, dyskusji, sporów. Tak jest dziś z „Domem dobrym” Smarzowskiego. I choć tego filmu nie widziałam, to jednak postanowiła wyrazić swoje zdanie. 

Chciałam iść do kina. Byłam już prawie gotowa zamówić bilet, kiedy trafiłam na krótką wypowiedź psychologa. Powiedział dokładnie to, co czasem przemyka nam przez głowę, ale rzadko wypowiadamy na głos: że jeżeli ktoś ma za sobą doświadczenia przemocy albo bardzo głębokie rany emocjonalne, to nie ma obowiązku wkładać palca w to miejsce jeszcze raz.
Że nie każdy film jest dla każdego. Że czasem odwaga polega na tym, żeby odpuścić — a nie na tym, by sobie coś udowadniać.

Ta myśl mnie zatrzymała.

Ania napisała na Facebooku długi, bardzo poruszający post o „Domu dobrym”. O tym, dlaczego według niej ten film powinni zobaczyć wszyscy dorośli, a nawet młodzież. O tym, jak wiele może dać rozmowa po seansie, najlepiej z kimś, kto zna temat od środka. O tym, że to film, który otwiera oczy na przemoc tam, gdzie się jej „nie podejrzewa”.

I przyznaję — jej refleksje zrobiły na mnie ogromne wrażenie.
Zainspirowały mnie na tyle, że postanowiłam napisać ten felieton.

Smarzowski nigdy nie kręci filmów „dla wszystkich”.
On kręci filmy, które uderzają.
Celowo i bez znieczulenia.

W opinii wielu osób „Dom dobry” jest wyjątkowo trudny – nie dlatego, że jest dosadny, ale dlatego, że pokazuje codzienną twarz przemocy, tę pozornie „normalną”, ukrytą pod ładnym domem i spokojnym sąsiedztwem. I robi to tak blisko skóry, że widz ma wrażenie, jakby siedział przy stole z tą rodziną.

To może być genialne kino, ale dla części osób – również niebezpiecznie bliskie.

Oglądałam wszystkie filmy Smarzowskiego. Każdy zostawiał we mnie coś innego. Film „Pod mocnym aniołem” był dla mnie najtrudniejszy — właśnie dlatego, że pokazywał ludzkie słabości bez żadnej zasłony dymnej, bez ulgi, bez oddechu. To kino, które potrafi wejść człowiekowi pod skórę na długo.

Znam więc dobrze jego sposób opowiadania: intensywny, bezkompromisowy, wchodzący w najciemniejsze zakamarki ludzkich historii.
I może właśnie dlatego dziś, będąc w zupełnie innym momencie życia, czując więcej spokoju niż kiedyś, pozwalam sobie zrobić coś, czego dawniej pewnie bym nie zrobiła — odpuszczam ten jeden film.

To nie jest produkcja, którą „trzeba zobaczyć, bo wszyscy idą”.
To jest film, który może  otworzyć drzwi, które ktoś bardzo długo próbował zamknąć.

Są ludzie, którzy wyjdą z kina wzmocnieni.
I są tacy, którzy wyjdą z trzęsącymi rękami i bólem w brzuchu.

Rozmowa  z Anią pozwoliła mi zauważyć coś jeszcze innego : że każdy z nas ma inną wewnętrzną mapę, inne doświadczenia, inną drogę do przejścia. Dla jednych ten film będzie ważnym punktem zwrotnym. Dla innych — zbyt trudnym spotkaniem z własną historią.

Zrezygnowałam z tego filmu . Nie z braku ciekawości, a  z troski o siebie.

Bo czasem dbanie o siebie polega na tym, żeby nie sięgać po historie, które mogłyby otworzyć stare drzwi. I myślę, że to jest w porządku: mieć świadomość własnych granic i umieć powiedzieć „nie teraz”.

Więc nie będzie tu recenzji. Nie udaję, że wiem, co się dzieje na ekranie.
Ten tekst jest o czymś innym: o prawie do rezygnacji. Do słuchania siebie.
O tym, że czasem najlepszą decyzją jest spokojne „nie teraz”.

A może kiedyś.
A może nigdy.





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Nie będzie nas, będzie las

Przebieramy już nogami. Jeszcze tylko czwartek, piątek i kawałek soboty. I znowu zakaszemy rękawy, ubierzemy kaloszki i gumofilce. Czeka na nas huk roboty. Zabierzemy się za tworzenie warzywnika.

Robi się

Boli mnie bark prawej ręki, dlatego nie będzie długiego tekstu. Czy widząc poniższe zdjęcia  wierzycie, że kiedyś będzie tu pięknie?