Niedzielny poranek. Za oknem wciąż ciemno, wiatr szarpie gałęzie, a ja włączam komputer bez żadnego planu. Bo ja naprawdę planów nie mam. Tematy same przychodzą — coś mignie w sieci, coś mnie zdziwi, czasem rozśmieszy, czasem oburzy, i nagle wiem: „to warto sprawdzić”.
Ostatnio padło na Włodzimierza Czarzastego. Człowieka mi zupełnie obcego, więc łatwiej o nim pisać — bez sympatii, bez antypatii, z dystansu. Zajrzałam do źródeł, przeczytałam, co mu się zarzuca, jakie decyzje podjął i co ludzie o tym myślą.
I wtedy trafiłam na profil pani Agnieszki Wojciechowskiej van Heukelom. Pani Agnieszka ma dar: pisze ostro, z przytupem i przyklejoną do każdego zdania pogardą. „Stary komuch”, „zaleczony alkoholik”, „traktuje innych jak nałogowców”, „afera, ktoś nie przeżył” — i tak w kółko, z komentarzami, które zamiast tłumaczyć, jedynie podkręcają emocje.
A fakty są takie: Czarzasty podpisał zarządzenie zakazujące sprzedaży alkoholu w budynkach Sejmu i Domu Poselskiego, czyli miejscach instytucjonalnych, w których pracują i bywają parlamentarzyści. To nie była decyzja wymierzona w kogokolwiek osobiście, nie zakazał przecież picia w domu czy prywatnie, tylko w miejscach publicznych. Chodzi o standardy i wizerunek instytucji. Niektórzy komentatorzy krytykują to jako gest symboliczny, inni mówią o potencjalnych niedogodnościach dla gości czy delegacji. Zakaz wszedł w życie dopiero po szerokich konsultacjach i wcale nie był „absurdalny”, jeśli spojrzeć na niego przez pryzmat odpowiedzialności publicznej.
Co do przeszłości Czarzastego — tak, był członkiem PZPR. To fakt historyczny, który sama sprawdziłam. Ale nie jest jedynym politykiem z taką przeszłością. Wśród osób związanych z PiS jest ich przecież całkiem sporo: Piotrowicz, Kryże, Czabański, Łopiński i inni. Jeśli ktoś miałby stawiać etykietę „komuch” jako obciążający czynnik, należałoby stosować ją konsekwentnie, a nie wybiórczo. Warto pamiętać, że selektywne przywoływanie przeszłości wygląda bardziej na teatr dramatyczny niż na rzetelną analizę.
To wszystko razem pokazuje, że komentarze pani Agnieszki mają niewiele wspólnego z analizą faktów. To raczej emocjonalny spektakl, teatralna krytyka, w której liczy się dramatyzm i ostre słowo, nie rzetelność i proporcje. Insynuacje o nałogach, „aferach”, a nawet śmierci — to już nie jest krytyka, to atak personalny, który dehumanizuje ludzi i odciąga uwagę od meritum decyzji. Nie obserwuję pani Agnieszki. Nie wiem, co ją tak rozpala. Ale wiem jedno: takie komentarze mówią więcej o autorze niż o bohaterze wpisu.
Niezależnie od tego, czy lubimy Czarzastego, czy nie — warto oddzielić fakty od subiektywnych opinii A już na pewno warto umieć oddzielić krytykę od stygmatyzowania chorób, insynuacji i domysłów. Bo w internetowych dyskusjach coraz częściej nie chodzi o szukanie prawdy. Ani nawet o debatę. Chodzi o to, żeby komuś umniejszyć. Najlepiej ostro i publicznie. Czasem mam wrażenie, że polityka jest tu tylko tłem, a prawdziwe emocje biorą się z czegoś dużo bardziej osobistego: z potrzeby władzy.
A ja? Ja znów siedzę o świcie przy klawiaturze i sprawdzam fakty. Bo jeśli ktoś pisze, że „wszyscy wokół są komuchami”, warto sprawdzić fakty. Jeśli ktoś powtarza opowieść o „aferze sprzed lat”, warto zajrzeć do źródeł. Nie po to, by kogokolwiek bronić, lecz by nie dać się ponieść czyjejś narracji.
W tym wszystkim najbardziej uderza mnie jedno: jak łatwo nam dziś przychodzi dehumanizowanie obcych. Jak łatwo wmówić sobie, że mamy moralną wyższość. Jak łatwo stracić równowagę, kiedy piszemy anonimowo, zza ekranu.
Może dlatego wolę patrzeć na świat z dystansu mojego domu na wsi, z kubkiem kawy o poranku. I przypominać sobie — i innym — że za każdym komentarzem stoi człowiek. Taki sam, jak po drugiej stronie.
A politycy? Oni przychodzą i odchodzą. Słowa zostają.

Komentarze
Prześlij komentarz