Przejdź do głównej zawartości

A prawda leży gdzieś po środku

 


Nazwisko Bożeny Batyckiej znów wróciło do obiegu. Przez lata kojarzona była z luksusem, elegancją i prestiżem. Marka jej nazwiska – Batycki – stała się symbolem sukcesu polskiego biznesu lat 90. Torebki z charakterystycznym bursztynem nosiły znane kobiety, a sama projektantka była stałą bywalczynią salonów i mediów.
Potem wszystko się posypało: konflikty wewnątrz firmy, długi, procesy sądowe, utrata marki.

Dziś Batycka znów jest w centrum uwagi – już nie jako bizneswoman, lecz bohaterka medialnych opowieści o cierpieniu. W ciągu kilku tygodni pojawiła się w co najmniej czterech popularnych programach i kanałach: u Małgorzaty Ohme, na kanale „W związku” Macieja Orłosia i jego żony, a także w kilku wywiadach publikowanych na YouTube i w telewizji śniadaniowej.
Wszystkie te rozmowy łączyło jedno: ton współczucia i zachwytu nad jej siłą po upadku.

Słuchałam ich wszystkich.
Były momenty, kiedy naprawdę było mi jej żal. W końcu opowiadała o życiu, które się rozsypało — o zdradzie męża, o utracie firmy, o przyjaciółce, która miała ją oszukać. Ale z każdą kolejną rozmową rosło we mnie zdumienie.

Nie dlatego, że wątpię w jej ból.

Batycka mówiła z pewnością o sprawach, które są w sądach przegrane.
O przejęciu marki jako o „kradzieży”, choć dokumenty wskazują na zadłużenie i postępowania komornicze.
O dramacie rodzinnym, ale bez refleksji nad tym, jak mogła wyglądać druga strona tych historii.

Najbardziej poruszył mnie moment, gdy opowiadała o próbie samobójczej szesnastoletniego syna, który zostawił pożegnalny list z krótkim zdaniem: „nikt mnie nie lubi”.
Jej reakcja? „To nieprawda, wszyscy go lubili.”
To jedno zdanie wydało mi się bardziej znaczące niż wszystkie inne. Bo czasem to, czego nie chcemy przyjąć, mówi o nas najwięcej.

Zastanawiałam się więc: co jest nie tak w tych wywiadach, w których widzimy tylko kobietę pokrzywdzoną, ale nie tę, która bierze odpowiedzialność?
Brakowało w nich prostego „przepraszam” wobec ludzi, którzy przez te lata pracowali w jej firmie, zostali bez pieniędzy, bez ochrony.

Wszystkie rozmowy brzmiały tak samo: wzruszenie, współczucie, podziw.
U Małgorzaty Ohme nawet coś więcej — ton moralnej oceny wobec nowej właścicielki marki. Zaskoczył mnie. Nie tego spodziewałam się po dziennikarce, którą dotąd ceniłam za empatię.
Tym razem empatia zamieniła się w emocjonalny wyrok, bez prawa do obrony drugiej strony.

A przecież ktoś postanowił ten temat sprawdzić.
Dziennikarz Bartek Fetysz dotarł do dokumentów, byłych pracowników, porozmawiał z obecną właścicielką. To, co ustalił, nie pasuje do medialnego obrazu ofiary. Nie było żadnej „kradzieży”, był proces, długi i niełatwy, ale zgodny z prawem.
Zamiast dyskusji o faktach, wylała się na niego fala hejtu.

I tu właśnie zatrzymałam się najdłużej.

Bo problem nie leży tylko w tym, że Batycka snuje swoją wersję wydarzeń — każdy ma do tego prawo.
Problem leży w tym, że media przestały być miejscem, gdzie wersje się zderzają. Stały się sceną, na której wzruszenie zastępuje prawdę.

To nie pierwszy raz.
Zaledwie rok temu przeżywaliśmy przecież medialny zachwyt nad Natalią Janoszek, rzekomą gwiazdą Bollywood.
Była zapraszana do programów, fotografowana na ściankach, przedstawiana jako symbol sukcesu i „polska dziewczyna, która podbiła świat”.
Nikt – ani redakcje, ani prowadzący – nie zadał sobie trudu, by sprawdzić, czy w Indiach rzeczywiście ktoś ją zna.
Wystarczył jeden rzetelny materiał  Krzysztofa Stanowskiego, by cała ta legenda rozpadła się jak domek z kart.

Historia Janoszek była dla mediów lekcją, ale – jak widać – niewystarczającą.
Bo oto znów zafascynowaliśmy się opowieścią jednej strony.
Znów daliśmy się porwać emocjom zamiast faktom.

I może właśnie dlatego tak bardzo potrzebujemy dziś dziennikarzy, którzy – jak Bartek Fetysz w sprawie Batyckiej – nie dadzą się uwieść wzruszeniu.
Którzy przypomną, że prawda nie zawsze ma miękkie serce i że czasem empatia bez refleksji bywa po prostu naiwnością.

ps. Zdjęcie z Internetu - okładka  książki 

Komentarze

  1. Od kilku tygodni czytam wywiady przeprowadzone z Bożeną Batycką. Po pierwszym z nich naprawdę zaczęłam ją podziwiać — za to, że potrafiła mimo tak ogromnej tragedii ponownie stanąć na nogi. Jednak po wysłuchaniu kolejnych rozmów zapaliła mi się lampka ostrzegawcza.

    Dlaczego nikt z dziennikarzy nie zweryfikował informacji, które przekazuje „skrzywdzona, okradziona i teraz bardzo biedna kobieta”? W komentarzach pod wywiadami dominował podziw i współczucie wobec tej pani, ale znalazły się też głosy, które przypominały o pracownikach — tych rzekomo skrzywdzonych, którym nie wypłacano pensji i nie opłacano składek ZUS. Ktoś wspominał o tym, jak naprawdę traktowała ludzi, którzy dla niej pracowali.

    Najbardziej jednak zwróciło moją uwagę to, w jaki sposób mówi o swoich synach. Dla mnie to nie do przyjęcia — wszystko sprowadza do choroby psychicznej, jakby to miało tłumaczyć i usprawiedliwiać całą sytuację. Mam wrażenie, że ta kobieta znów poczuła wiatr w skrzydłach i po raz kolejny to ona staje się w centrum uwagi. Niestety, w każdym kolejnym wywiadzie mówi coś innego — często sprzecznego z wcześniejszymi słowami. Brakuje w tym spójności, szczerości i pokory.

    Dla mnie rozbuchała się w tym wszystkim — jakby zupełnie straciła poczucie umiaru. Kolejne wywiady są już po prostu żenujące. Mam wrażenie, że naprawdę wierzy, iż znów będzie kimś znaczącym w świecie celebrytów i elit. To smutne, bo w tym wszystkim coraz mniej widać człowieka, a coraz więcej desperackiej potrzeby uwagi i uznania.

    OdpowiedzUsuń
  2. Od kilku tygodni czytam wywiady przeprowadzone z Bożeną Batycką. Po pierwszym z nich naprawdę zaczęłam ją podziwiać — za to, że potrafiła mimo tak ogromnej tragedii ponownie stanąć na nogi. Jednak po wysłuchaniu kolejnych rozmów zapaliła mi się lampka ostrzegawcza.

    Dlaczego nikt z dziennikarzy nie zweryfikował informacji, które przekazuje „skrzywdzona, okradziona i teraz bardzo biedna kobieta”? W komentarzach pod wywiadami dominował podziw i współczucie wobec tej pani, ale znalazły się też głosy, które przypominały o pracownikach — tych rzekomo skrzywdzonych, którym nie wypłacano pensji i nie opłacano składek ZUS. Ktoś wspominał o tym, jak naprawdę traktowała ludzi, którzy dla niej pracowali.

    Najbardziej jednak zwróciło moją uwagę to, w jaki sposób mówi o swoich synach. Dla mnie to nie do przyjęcia — wszystko sprowadza do choroby psychicznej, jakby to miało tłumaczyć i usprawiedliwiać całą sytuację. Mam wrażenie, że ta kobieta znów poczuła wiatr w skrzydłach i po raz kolejny to ona staje się w centrum uwagi. Niestety, w każdym kolejnym wywiadzie mówi coś innego — często sprzecznego z wcześniejszymi słowami. Brakuje w tym spójności, szczerości i pokory.

    Dla mnie rozbuchała się w tym wszystkim — jakby zupełnie straciła poczucie umiaru. Kolejne wywiady są już po prostu żenujące. Mam wrażenie, że naprawdę wierzy, iż znów będzie kimś znaczącym w świecie celebrytów i elit. To smutne, bo w tym wszystkim coraz mniej widać człowieka, a coraz więcej desperackiej potrzeby uwagi i uznania.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Nie będzie nas, będzie las

Przebieramy już nogami. Jeszcze tylko czwartek, piątek i kawałek soboty. I znowu zakaszemy rękawy, ubierzemy kaloszki i gumofilce. Czeka na nas huk roboty. Zabierzemy się za tworzenie warzywnika.

Robi się

Boli mnie bark prawej ręki, dlatego nie będzie długiego tekstu. Czy widząc poniższe zdjęcia  wierzycie, że kiedyś będzie tu pięknie?