„O narracjach, które mogą nas drogo kosztować”
Czy znacie narrację Ewy Zajączkowskiej-Hernik dotyczącą wojny w Ukrainie?To głos, który przebija się coraz głośniej: nie angażować się, nie drażnić Putina, najpierw patrzeć „na interes Polski”. W jej wypowiedziach powraca wciąż ten sam motyw — że pomoc Ukrainie jest przesadzona, że powinniśmy trzymać dystans, że to wszystko „nie nasza wojna”.
Ta narracja staje się dziś coraz popularniejsza. W komentarzach pod jej filmami widać, jak wiele osób powtarza ją jak mantrę. I nie chodzi nawet o racjonalny sceptycyzm, tylko o przekonanie, że wystarczy odwrócić wzrok, by wojna przestała nas dotyczyć. Jakby Putin potrzebował naszej zgody, a nie słabości.
Tymczasem kilka dni temu usłyszałam w Parlamencie Europejskim zdanie, które wybrzmiało jak zimny, potrzebny prysznic. Joanna Scheuring-Wielgus powiedziała:
„Czy pani Zajączkowska zdaje sobie sprawę, że każda bomba zestrzelona nad Ukrainą – nie doleci do Polski? Dopóki Ukraina się broni, dopóty my jesteśmy bezpieczni.”
Proste. A zarazem wstrząsające, bo w gąszczu politycznych emocji umyka nam elementarna prawda:
Ukraina nie broni wyłącznie siebie. Chroni także naszą przestrzeń powietrzną, nasze granice, naszą codzienność.
I właśnie tu zaczyna się problem z narracją skrajnej prawicy.
Bo ona nie tylko odsuwa nas od solidarności — ona odsuwa nas od rzeczywistości.
Kiedy Ewa Zajączkowska-Hernik mówi, że „nie powinniśmy mieszać się w cudzą wojnę”, brzmi to jak deklaracja niezależności. Ale kiedy spojrzymy na mapę, okazuje się, że ta „cudza wojna” toczy się bliżej, niż ktokolwiek chciałby o tym myśleć. My mamy zaledwie 15 km do granicy z Rosją
To nie egzotyczny konflikt na drugim końcu świata. To jest nasza granica bezpieczeństwa.
Niewygodna prawda, przed którą nie da się uciec.
Dodajmy do tego kolejny wątek, jeszcze cięższy.
Donald Trump, w rozmowach o „planie pokoju”, zachowuje się tak, jakby miał prawo dzielić Ukrainę niczym tort weselny. Jakby wojna była negocjacyjną układanką, a nie dramatem milionów ludzi.
Jakby suwerenność niepodległego państwa była elementem do wymiany za „święty spokój” z Putinem.
A co mówi historia?
Że gdy zaczynamy dzielić cudze granice, prędzej czy później ktoś zapuka także do naszych.
I tu wracamy do pytania, które zadała Scheuring-Wielgus:
jeśli Ukraina przestanie się bronić, kto zatrzyma Rosję?
Bo może warto zadać to wprost także pani Zajączkowskiej-Hernik:
Czy gdyby Putin zapuka do Białegostoku, też powiedziałaby: „to nie nasza wojna”? Bo to tylko Białystok.
Czy wtedy również nie powinniśmy „drażnić sąsiada”?
Nie chodzi tu o straszenie.
Chodzi o trzeźwe myślenie — takie, które odróżnia bierność od odpowiedzialności.
Możemy udawać, że wojna nas nie dotyczy.
Tylko że wojna — niestety — nie musi nas o to pytać.
Od początku nie potrafiłam zrozumieć podejścia Ewy Zajączkowskiej-Hernik — to osoba, która od lat mocno sprzeciwia się integracji europejskiej, krytykuje „wspólną Europę”, a jednocześnie… poszła do Brukseli, by w tej wspólnej Europie pracować. To paradoks, który nie może być pominięty.
Bo europosłowie to nie funkcja honorowa — to dobrze płatna praca. Członkowie Parlamentu Europejskiego zarabiają, według oficjalnych stawek, 10 927,44 € brutto miesięcznie, co po odliczeniu składek daje około 8 517 € netto.
Do tego dochodzą dodatki: na biuro, podróże, diety — co sprawia, że wpływy europosła potrafią być naprawdę znaczące.
Zadaję więc pytanie: czy ten wybór jest faktycznie poświęceniem dla dobra wspólnego, czy raczej pragmatyczną decyzją polityczną z korzyścią finansową? W świecie, w którym mówi się o suwerenności i „Polsce poza Brukselą”, trudno nie zauważyć, że praca w instytucji europejskiej daje realne wpływy — i nieproporcjonalnie duże środki.
Komentarze
Prześlij komentarz