Przejdź do głównej zawartości

Otwarty dom, otwarte serce – ale inaczej niż dawniej

W piątek  jechałam z Wojtkiem do lekarza. Droga była spokojna, wrześniowa – jeszcze nie ma złotych liści, ale powietrze ma już w sobie coś z jesiennej ciszy. Lubię takie chwile: patrzeć przez szybę na mijane drzewa, zerkać na Wojtka obok i pozwolić myślom błądzić. 

To wtedy wzięłam do ręki telefon i zaczęłam przeglądać Facebooka.

Natknęłam się na tekst kobiety, która napisała:

„Mam 60 lat. I nie lubię, gdy ktoś przychodzi do mojego domu. Kiedyś było inaczej. Gdy byłam młoda, uwielbiałam gości. Wtedy wydawało się to naturalne: dom powinien być otwarty, drzwi zawsze na oścież, zapach jedzenia z kuchni, śmiechy, rozmowy do późna w nocy. Szykowałam duży stół, kręciłam się z talerzami, częstowałam jedzeniem, cieszyłam się, że ludzie czują się dobrze w moim domu.”

Czytając to, pomyślałam: „Ona pisze o mnie”.

Kiedy przeprowadziliśmy się z Gdańska tutaj, do naszej krainy, zachwyciłam się ludźmi, którzy żyli w rytmie spotkań i biesiad. Zakrzyknęłam: „Chcę prowadzić otwarty dom!” I tak się zaczęło. Nasz dom wypełniły rozmowy, śmiechy, stukot naczyń, a ja – jak pszczółka – krążyłam między kuchnią a stołem. Zawsze pełny stół, zawsze mnóstwo jedzenia. Goście chwalili, a ja w głębi duszy czułam zmęczenie. Często nie wiedziałam nawet, o czym rozmawiają, bo byłam zajęta podawaniem i sprzątaniem talerzyków.

Dopiero później zrozumiałam, skąd to się brało. Moi rodzice nie mieli wiele. Było biednie, ale kiedy mieli przyjść goście, stoły uginały się od jedzenia. Takie były zasady: „postaw się, a zastaw się”. To z tamtych czasów wyniosłam przekonanie, że trzeba się pokazać, że trzeba udowodnić, że nas stać. I myślę, że to nie tylko ja – to całe moje pokolenie, rocznik ’65. Dzieci wychowane w skromnych domach, które w dorosłości chciały na każdym kroku pokazać, że niczego im nie brakuje.

Zastanawiam się dziś, czy tylko ja niosłam ten ciężar przez tyle lat. Czy tylko ja próbowałam być „dobrą gospodynią”, akceptowaną i chwaloną, kosztem własnego zmęczenia i radości? Ile z nas, kobiet, zatraca się w tej roli, byle tylko ktoś powiedział: „ale ona wspaniale podejmuje gości”?

Potem przyszły różne doświadczenia, które ten pęd zatrzymały. Wojna, którą Wojtek przyprowadził do domu, a potem pandemia. I nastała cisza. Cisza, której na początku się bałam, a którą z czasem pokochałam. 

Dziś nasz dom wygląda inaczej. Nie ma przypadkowych gości, nie ma stołów uginających się pod ciężarem potraw, których i tak nikt nie dojadał. Jest za to piękna porcelana, kilka ulubionych dań i najcenniejszy składnik – czas. Czas na rozmowę, na śmiech, na to, by usiąść przy stole i po prostu być razem. Nauczyłam się, że mniej osób znaczy więcej – więcej uwagi, więcej bliskości, więcej zapamiętanych słów. I nic na pokaz 

Nie sprzątam już w biegu. Odkładam talerze dopiero wtedy, gdy goście wychodzą. Bo ważniejsze od porządku jest to, co dzieje się tu i teraz – spojrzenia, zdania, drobiazgi, z których rodzi się coś pięknego. Z każdej rozmowy wynoszę coś nowego, coś, co zostaje we mnie na długo

Morgan Freeman powiedział kiedyś: „Przychodzi taki moment w życiu, kiedy już nie czujesz potrzeby, aby cokolwiek komuś udowadniać”. Jestem przed sześćdziesiątką i właśnie do tego doszłam.

Dziś, pisząc te słowa, czekam na dzieci, które zaraz przyjadą na śniadanie i zostaną z nami do niedzieli. Już w myślach planuję, co przygotuję – bez pośpiechu, bez udawania, tylko to, co lubią najbardziej. W następny weekend odwiedzi nas Beata z mężem. To spotkania inne niż kiedyś – mniej gwarne, ale bogatsze w rozmowy, w bliskość, w prawdziwą obecność. Z takich chwil rodzi się magia wspólnego bycia, a nie tylko jedzenia. Chcemy pokazać im nasze miejsce, zaprosić do restauracji Św Mikołaj, żeby skosztowali potraw stąd. 

I myślę sobie, że właśnie tak chcę żyć – spokojnie, prawdziwie, bez masek, w rytmie tych drobnych, najważniejszych rzeczy.

zdjęcie stare ale nie  miałam innego 


Komentarze

  1. Kiedyś byłam "dobrą gospodynią". Każde przyjęcie czy wizyta były okupione stresem związanym z planowaniem menu, zakupami, porządkami i przygotowywaniem. Potem, często już w trakcie imprezy, miałam wrażenie nieobecności. Moje myśli krążyły wokół kolejności podgrzewania i podawania dań. Gubiłam wątek rozmowy a właściwie nie miałam siły na prawdziwą. Zadawałam kurtuazyjne pytania a odpowiedź umykała mi bo myślami byłam już gdzie indziej. Ale było szykownie, smacznie i poprawnie. Ludzie chętnie mnie odwiedzali.
    W końcu uświadomiłam sobie tą powierzchowność relacji. Od tamtej pory wiele zmieniłam. Jestem uważniejsza i bardziej otwarta dla ludzi, którzy pozostali przy mnie dla mnie samej a nie dla fajnych posiadówek. Czasem przygotowuję fajne danie a czasem sałatkę grecką, grzanki i piwo. Ale jesteśmy razem, mamy czas posiedzieć, pogadać i nikogo potem nie męczy niestrawność w nocy 😉 Zarówno ta fizyczna jak i emocjonalna.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Nie będzie nas, będzie las

Przebieramy już nogami. Jeszcze tylko czwartek, piątek i kawałek soboty. I znowu zakaszemy rękawy, ubierzemy kaloszki i gumofilce. Czeka na nas huk roboty. Zabierzemy się za tworzenie warzywnika.

Robi się

Boli mnie bark prawej ręki, dlatego nie będzie długiego tekstu. Czy widząc poniższe zdjęcia  wierzycie, że kiedyś będzie tu pięknie?