Przejdź do głównej zawartości

„Tu nie ma na kogo głosować”

 


Wczoraj rozmawiałam ze znajomym o nadchodzących wyborach wójta naszej gminy. W pewnym momencie powiedział:

– Wiesz, Grażyna, czytałem Twoje rozważania o pracy wójta i tak sobie myślę, że tu właściwie nie ma na kogo głosować.

Och, jak ja lubię takie zdania. Nie dlatego, że się z nimi zgadzam, ale dlatego, że potrafią zatrzymać człowieka na chwilę i zmusić do zastanowienia. Bo co właściwie znaczy „nie ma na kogo głosować”? Czy rzeczywiście nie ma, czy może po prostu jeszcze za mało wiemy o tych, którzy chcą tę funkcję objąć?

A dzisiaj jest ważny dzień. Mija termin zgłaszania kandydatów w przedterminowych wyborach wójta Gminy Górowo Iławeckie. Mamy pięć komitetów: Komitet Wyborczy Normalny Kraj, KWW Andrzeja Kierzkowskiego, KWW Danuty Michalak, KWW Róbmy Swoje oraz KWW „Nasza Gmina – Nasza Przyszłość”. Każdy kandydat musi przedstawić co najmniej 300 podpisów poparcia mieszkańców.

Trzysta podpisów.

Niewiele? A może wcale nie tak mało, kiedy pomyśleć, że za każdym podpisem stoi konkretny człowiek, który mówi: znam to nazwisko i jestem gotów je poprzeć.

Przy okazji pomyślałam sobie, że sama nigdy w życiu nie chciałabym być wójtem. Nawet gdyby ktoś mnie bardzo namawiał. Pieniądze – powiedzmy sobie szczerze – nie są aż tak oszałamiające, żeby wynagrodzić człowiekowi zakres odpowiedzialności, a praca właściwie nie ma końca. Dożynki, otwarcie drogi, zebranie, spotkanie, uroczystość, szkoła, kościół, wizyty, telefony, mieszkańcy z problemami. Zawsze trzeba gdzieś być, coś podpisać, czegoś dopilnować, komuś odpowiedzieć.

A na koniec i tak znajdzie się ktoś, kto powie, że wszystko robi się źle.

Ba, czasem nawet można usłyszeć, że samemu jest się złym człowiekiem. I tutaj przypomina mi się niezapomniane filmowe: „Bo to zła kobieta była” z „Psów”. Tyle że w prawdziwym życiu żadna funkcja nie daje człowiekowi odporności na cudze opinie.

Może więc właśnie dlatego postanowiłam przyjrzeć się tym, którzy chcą zostać naszym wójtem.

Nie po to, żeby kogokolwiek namawiać do głosowania na tego czy tamtego. I nie po to, żeby urządzać konkurs na najlepszego kandydata. Chcę po prostu wiedzieć, kto chce wziąć na siebie tę odpowiedzialność.

Kim jest? Czym zajmował się wcześniej? Jakie ma doświadczenie? Co już zrobił? Co mówi o naszej gminie? Z kim będzie musiał współpracować? I czy za tym wszystkim, co usłyszymy w kampanii, będzie można znaleźć coś więcej niż tylko ładnie brzmiące słowa?

Bo przecież wybieramy nie tylko nazwisko na karcie do głosowania. Wybieramy człowieka, który przez najbliższy czas będzie musiał podejmować decyzje dotyczące naszej gminy i współpracować z ludźmi, z którymi być może nie zawsze będzie mu po drodze.

A skoro już mam się temu wszystkiemu przyglądać, to z pewnego dystansu.

Niedawno, siedząc przy cieście i opowiadając znajomej trochę o swoim życiu, o mnie i Wojtku, o tym, jak sobie przez lata poukładaliśmy nasz kawałek świata, usłyszałam od niej zdanie, które zostało ze mną na dłużej:

– To się nazywa wolność.

Może właśnie tak.

Mamy z Wojtkiem swoją małą republikę. Bez politycznych pleców, bez „odpowiednich ludzi”, bez potrzeby przypodobania się komukolwiek, kto akurat jest na stanowisku. Jesteśmy niezależni i dlatego łatwiej mi patrzeć na lokalną politykę trochę z boku, z większej odległości, bez konieczności stawania po którejś stronie.

Mogę po prostu patrzeć.

Pytać.

Sprawdzać.

I próbować zrozumieć.

A skoro ktoś chce zostać wójtem naszej gminy, to chyba mamy prawo wiedzieć, kto właściwie chce nim zostać.

No to zaczynamy.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Nie będzie nas, będzie las

Przebieramy już nogami. Jeszcze tylko czwartek, piątek i kawałek soboty. I znowu zakaszemy rękawy, ubierzemy kaloszki i gumofilce. Czeka na nas huk roboty. Zabierzemy się za tworzenie warzywnika.

Robi się

Boli mnie bark prawej ręki, dlatego nie będzie długiego tekstu. Czy widząc poniższe zdjęcia  wierzycie, że kiedyś będzie tu pięknie?

Kiedy polityka boli, trzeba sobie stworzyć własne państwo

Ostatnie tygodnie były dla mnie naprawdę trudne. A może nie tylko trudne – one były bolesne . Jako osoba wysoko wrażliwa (WWO), wszystko czuję w dwójnasób. Kiedy się cieszę – to całym sercem. A kiedy coś mnie rani – boli do samego środka. I dlatego, kiedy mój kandydat przegrał wybory, coś we mnie pękło. Płakałam. Serio. Nie ze złości. Z bezsilności.