czwartek, 4 lipca 2019

O Annie Osowskiej

Spotkaliśmy się po raz pierwszy u Very Kobylińskiej i jej męża Piotra. Nie ukrywam, że lubię do nich (Very i Piotra) wpadać. Oprócz tego, że ich lubię, ciągnie mnie do ich  zwierząt. Konie, siedem kotów i pięć psów. I wszystkie żyją na wolności.


 Kiedy zaprosili nas na "czerwcówkę" bardzo się ucieszyłam, ale jechałam z pewnym niepokojem. Trudno jest mi "wejść" w towarzystwo, którego  nie znam. Długo się aklimatyzuję, może dlatego spostrzegana jestem jako osoba niedostępna :-)

Siedzieliśmy  przy ognisku, kiedy przyszła Anna Osowska z mężem. Przywitała się ze mną  jakby znała mnie od lat. Jej wylewność bardzo mnie zaskoczyła. Na ognisku było sporo ludzi, my czekaliśmy na ważny telefon od syna, więc za dużo nie porozmawialiśmy.

Gdybym zapytała ludzi stąd(zwłaszcza mieszkańców Sępopola) kim jest Anna? Zapewne usłyszałabym odpowiedź, że lekarką. Anna prowadzi przychodnię w tym miasteczku.

Kim dla mnie jest Anna, po wtorkowym spotkaniu u nich w domu? Kobietą, matką, żoną, autorką dwóch książek, lekarzem. Anna ma wiele twarzy.

Do ich domu jedzie się od nas prawię godzinę. Po raz pierwszy przytrafiło się Wojtkowi pomylić drogę, dlatego spóźniliśmy się parę minut.

Darek, mąż Anny oprowadził nas po siedlisku. Gdybym od trzech lat nie mieszkała na wsi, zapewne piszczałabym z zachwytu, powtarzając: ja też chcę mieć taki dom.
Teraz na domy na wsi patrzę zupełnie z innej perspektywy.

Osowscy kupili swoje siedlisko 16 lat temu. Składały się na nie ruiny domu i zaniedbane budynki gospodarcze. Zdecydowali przebudować budynek gospodarczy na dom mieszkalny. Zamieszkanie w byłej stodole, chlewni, stajni, teraz jest modne, ale wtedy 16 lat temu? Myślę sobie, że ich znajomi mocno musieli pukać się w głowę.

Dom ma niepowtarzalny klimat, ale ja nie pojechałam do nich z aparatem. Pojechałam tam porozmawiać.

Zasiedliśmy do stołu na tarasie. Jedząc pyszną wegetariańską sałatkę, przygotowaną specjalnie dla mnie, zatopiliśmy się w rozmowę.

Kiedy wróciliśmy do domu sięgnęłam po książkę Ani "W cieniu papierówki".
Nie przeczytałam jeszcze całej książki, ale już teraz wiem, że z różnych powodów jest mi bliska. Co prawda nie jestem lekarką, pracowałam jedynie w prywatnej przychodni i wiem, że słuchanie o ludzkich chorobach jest dużym emocjonalnym obciążeniem.

Wiem jak to jest, kiedy dziecko zachoruje, a jest się daleko. Wiem jak trudno pogodzić pracę zawodową z  byciem  matką. Nie wiem jak to jest, kiedy otrzymuje się diagnozę "rak".

Pierwsza refleksja po przeczytaniu 74 stron. Decydując się na napisanie książki o sobie, swoich rozterkach, wątpliwościach i chorobie, żyjąc w tak małej społeczności, Ania musi być odważną kobietą.

Zapewne kiedy czyta się w książce opis spotkania z przyjaciółmi na tarasie, inaczej się to odbiera, kiedy samemu tam się siedziało :-)

Nie będę zdradzać o czym rozmawiałyśmy na tarasie, przy stole z piękną porcelaną z Bolesławca, może jedynie pewna moja refleksja: Ania powiedziała, że jak ludzie dowiedzieli się, że zachorowała, nie wiedzieli jak z nią rozmawiać. Usłyszałam to po raz drugi.

Czy potrafimy rozmawiać o chorobach? Czy potrafimy słuchać? Czy potrafimy spojrzeć oczami rozmówcy, a nie tylko widzieć jak my byśmy postąpili w takiej sytuacji? Nie oceniać - nie zawsze mi się to udaje.

Rozmowa z Anią i Darkiem pomogła mi coś zrozumieć.  Polecam wam tą książkę.





2 komentarze:

  1. Nie spotykamy się przypadkiem. My wnosimy coś innym ludziom, oni nam. To piękne. Jesteśmy połączeni Graszko. A podobne przyciąga podobne. I to też jest fakt. Strasznie mi się podoba twoje zdjęcie na kanapie :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawi ludzie mieszkają wokół Was. Gdyby takich ludzi było więcej jakiż świat byłby lepszy. Dlaczego tak mało pokazujemy, piszemy o dobru, pasji do życia. Nie takie historie "nie sprzedają się" jak wszędzie mi tłumaczą. Ostatnio będąc w przychodni na ekranie wyświetlającym kolejność do rejestracji leciał pasek z informacjami. Jak tam czekałam z trzydzieści minut nie było ani jednej pozytywnej informacji. Pozdrawiam serdecznie i życzę za każdym razem spokoju i uśmiechu na twarzy.

    OdpowiedzUsuń