wtorek, 4 września 2018

Złotooki Miron

Na początku myśleliśmy że to kotka, dopiero potem, kiedy oswoiła się na tyle żeby podejść bliżej, dało się zajrzeć pod ogon, i Mironka stała się Mironem. Jest bardzo podobny do naszej domowej kotki Hany.
Pojawił się na polach koło siedliska jesienią zeszłego roku. W pierwszej chwili myślałem, że to Hana się tak daleko zapuszcza od domu. Póki miał co złowić nie zbliżał się, ale przyszła późna jesień i zaczął krążyć bliżej domu.

Pamiętając historię z Bobem, opisaną w naszej drugiej książce ( cytuje: „Powiedziałem też, że nie będziemy już więcej ratować innych kotów, bo nie chce przechodzić ponownie tego samego. Jak się jakiś pojawi, wsadzę go do bagażnika i wywiozę daleko. ) przeganiałem bezlitośnie, szczując Kudłem, który za bardzo się do tego nie nadaje. Zabroniłem karmić, Graszka (chyba) nawet posłuchała.
Ale on krążył i krążył, aż któregoś mroźnego grudniowego dnia, kiedy wysiedliśmy z auta pod domem, przybiegł za nami i stanął w odległości paru metrów przeraźliwie, żałośnie miaucząc. A do tego te jego wielkie złote oczy. Pękłem. - Nakarmmy go, jest głodny, skoro zdecydował się na taki krok – powiedziałem do Graszki.
No i stał się kotem przydomowym. Dostał budkę ze styropianu na ganku, własną miskę, po jakimś czasie skołował sobie towarzyszkę, we dwójkę było im cieplej w styropianowym domku w mroźne noce, a momentami było naprawdę zimno, bo ponad minus dwadzieścia.
Wiosną jego towarzyszka zdechła w białej szopie, zakopałem ją na cmentarzyku dla zwierząt za oborą. On, wymęczony zimą, doszedł do siebie, i zadomawiał się coraz bardziej. Pozwalał się pogłaskać, ocierał się o nogi, wkradał się czasami do domu. Co pewien czas odbywały się awantury z resztą kociego stada, które – a Hana w szczególności – z trudem akceptowało intruza.
Parę dni temu spuchł mu policzek. Zbagatelizowaliśmy nieco sprawę, łudząc się, że przejdzie. Być może ukąsiła go osa albo szerszeń – tłumaczyliśmy sobie. Opuchlizna znikła, ale w jej miejscu zrobiła się paskudna, bardzo głęboka rana. Niestety był weekend i na wizytę u weterynarza trzeba było poczekać do poniedziałku rano.
Problemem było złapanie Mirona, bowiem stał się bardzo płochliwy i nie pozwalał do siebie podejść. Wpadłem na pomysł, żeby miskę z jedzeniem wstawić mu w głębi kontenerka do transportu. Udało się. W poniedziałkowy ranek gnaliśmy na sygnale do lecznicy w Lidzbarku.
Kot pozostał w lecznicy. Rana jest zbyt poważna i musi być leczona ambulatoryjnie. My nie mamy takich możliwości w naszym domu. Lidzbarska przychodnia Państwa Wrotków ma na szczęście szpitalik dla zwierząt. Niestety oznacza to dość wysokie ( jak dla nas ) koszta, co najmniej pięćset złotych + koszta kastracji.
Miron został przebadany na obecność różnych chorób ( w tym na FIV, na który cierpiał Bob) i jest od nich wolny, więc gdy zaleczy się ranę, będzie mógł dalej szczęśliwie hasać po siedlisku. Będąc pozbawiony klejnotów, zapomni o wycieczkach na amory.
Pewnie niektórzy z was zastanawiają się po co tyle zachodu wobec półdzikiego kota. Można było pozwolić mu zdechnąć, ewentualnie uśpić. Wyszłoby taniej. Tutaj na wsi takie myślenie jest na porządku dziennym. My z naszym miłosierdziem uznawani jesteśmy pewnie za dziwaków.
Ja osobiście uważam, że jeśli już zaczęło się karmić, przyzwyczaiło do siebie, nadało się imię, to trzeba ponosić pełną odpowiedzialność, choć oznacza to koszta. Wiadomo: jak się ma miękkie serce, to trzeba mieć twardą dupę.
Graszka rzuciła się za robienie prac na licytacje, chce w ten sposób zebrać fundusze na leczenie Mirona. Ja poprzesuwałem mniej pilne wydatki domowe na dalszy plan.
Zapraszam was do wzięcia udziału w tej licytacji, odbędzie się ona na naszym profilu FB Dom pod bocianem. A jeżeli ktoś chce w inny sposób wspomóc nas w leczeniu Mirona, to będzie nam bardzo miło.


4 komentarze:

  1. Wszystkich czytelników proszę o wsparcie leczenia Mirona. Malutki przelew ode mnie przed chwilką 'poszedł'.
    Pozdrawiam.
    regian

    OdpowiedzUsuń
  2. Naiwnie zapytam,może spróbujcie poszukać mu domu? Rozpuście wici gdzie się da po znajomych, wywieście ogłoszenie w Galeryjce,może akurat.
    Grosik poszedł.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem ogromnie wdzięczna wszystkim ludziom dobrej woli.
    A teraz smutne wiadomości
    Ubytek skóry jest dość duży, dodatkowo wdała się częściowa martwica. Rana wczoraj została zszyta, ale dzisiaj podczas rozmowy z wetem nie usłyszałam pozytywnych wiadomości. Nie wiadomo czy szwy wytrzymają. Trzeba czekać. Jak powiedział wet, Miron w zamknięciu nie jest szczęśliwy.

    OdpowiedzUsuń