piątek, 6 kwietnia 2018

Rozmowy w pracowni krawieckiej

Wszystkie kobiety zasiadły do stołu do darcia pierza. Podczas pracy rozmawiały lub śpiewały. Taką scenę znałam do tej pory jedynie z książek czy też filmów.
Całkiem niedawno  odwiedziłam pracownię krawiecką w Centrum Barka, prowadzoną przez bardzo uczynną panią  Małgorzatę Konwicką.


W kuluarach usłyszałam, że jest kobietą od zadań specjalnych. To właśnie ona stworzyła przepiękne stroje na  przedstawienie Misterium Męki Pańskiej.
Opowiem wam teraz o paniach z pracowni krawieckiej.

- Opowie mi pani o akcji Wisła - zapytałam kobietę w czarnym sweterku, która siedziała pod oknem.
- Nie chcę do tego wracać, nie chcę o tym rozmawiać - odpowiedziała.
Już chciałam się wycofać, zmienić inny temat, kiedy jedna z nich powiedziała - ja też jestem z akcji Wisła.
Włączyłam dyktafon. Oto jej opowieść:

"Urodziłam się w województwie przemyskim. Mieszkaliśmy nad Sanem. Przyszło dwóch policjantów z karabinami. Mieliśmy dwie godziny do załadowania dobytku.  W Przeworsku na dworcu czekaliśmy dwa dni. Siedzieliśmy i czekaliśmy. Pamiętam jakby to było wczoraj. Rodzice poszli się dowiedzieć co z nami, a ja z rodzeństwem zostałam. Podszedł żołnierz i rzucił nam woreczek cukierków."

Kobieta na chwilę przestaje opowiadać, łzy spływają po policzkach, wyciera je rękawem swetra, a ja nie wiem co mam zrobić, czy rozmawiać dalej, czy się wycofać? Po chwili się uśmiecha i opowiada dalej:

"Jechaliśmy dwa tygodnie wagonem bydlęcym. A z nami kilka innych rodzin z naszej wsi i okolic, razem ze swoim dobytkiem. Rodzicom udało się zabrać jedną krowę i konia. Trzy krowy zostały w oborze. Żal było krów, ale co było robić. Rodzice na wóz zapakowali najpierw troje dzieci, a potem tyle ile się zmieściło. I tak mieliśmy dobrze bo mieliśmy wóz i konia. Niektórzy szli na stację na piechotę pakując swój dobytek w prześcieradła, dźwigając na plecach.

- A moja matka - wtrąciła druga kobieta -  porcelanę zapakowała do prześcieradła. Tobołek jej się wymsknął, porcelana się pobiła i dojechała z jedną blaszaną miską.
Żołnierze mieli tylko ubaw, że gruz zabiera z sobą. Przywieźli nas na jakieś podwórko, postawili pod gruszą i pojechali.
Nie wiedzieliśmy co robić, aż przyszedł człowiek przywieziony wcześniej z  Wileńszczyzny.
- Zabierajcie dzieci i chodźcie do mnie -  powiedział.

Dali nam jeść , dali nam pierzynę i tak mieszkaliśmy u niego przez miesiąc czasu. Ludzie go buntowali, że przyjmuje Ukraińców, że my się teraz nie wyniesiemy z jego domu. To był dobry człowiek. Razem pracowaliśmy dopóki mój ojciec nie poszukał dla nas domu.

Ci co przyjechali tu jako pierwsi mieli najlepiej, pozajmowali najlepsze domy, meble pozabierali z innych. Kiedy my tu dotarliśmy zostały same puste ruiny. Nie było nawet na czym spać, spaliśmy na podłogach.

Nie wiedzieliśmy gdzie jedziemy. Mówili nam, że na ziemie odzyskane. Czasami pociąg stawał pod semaforem. Rodzice wtedy wyprowadzali bydło, żeby pojadło trawy.  Czasami próbowali coś ugotować na ognisku. Nie zawsze udawało się zjeść, bo pociąg zagwizdał i trzeba było szybko wskakiwać do wagonu.

Rodzice jednej z moich  rozmówczyń  zajęli dom w Glądach, wspólnie ze sąsiadami podróży.
- Nie baliście się? - pytam.
- Mimo, że byłam mała i rodzice nic nie mówili, ale pamiętam , że baliśmy się. Okna zawsze na noc zasłanialiśmy kocami, zabijaliśmy deskami. Co noc po dwie osoby robiły warty. Sam dom  miał ogromną dziurę w ścianie szczytowej. Ojciec ją z czasem zamurował.

Rodzice uprawiali ziemię, sąsiedzi na wzajem sobie pomagali.  Była jedna rodzina polska i jedna rodzina niemiecka, kobieta na wózku inwalidzkim, która żyła tu do końca. Uczyła nas niemieckiego. Myśmy mieli konia, więc pomagaliśmy sąsiadom w orce.

Tylko czasami wkradała się  tęsknota za tamtym domem nad samą rzeką San.  Mieliśmy tam 9 morgów ziemi, krowy, tam dobrze nam się powodziło, a tu bieda i strach. Ostatni raz byłam w swoich rodzinnych stronach 20 lat temu.
W latach 50 można było wracać - ale do czego mieliśmy tam wracać?
Ci co mogli tam zostać, zabrali ziemię, a domy spalili, zostały tylko zgliszcza i połamane drzewa jabłonek.

Nie ma co rozpamiętywać, nie ma co płakać, wszystko minęło. W każdym narodzie są dobrzy i źli ludzie, bo tu nie o narodowość chodzi a o samego człowieka.





5 komentarzy:

  1. Tak jak już wcześniej pisałam dobrze byłoby publikować kolejne rozmowy w lokalnej gazecie.
    regian

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Regian, nasze miasteczko nie ma lokalnej prasy :-)
      Tak, życiorysy tych ludzi są bardzo ciekawe

      Usuń
    2. A nie myślałaś o założeniu internetowej lokalnej gazety?

      Usuń
    3. Oj, to chyba dla mnie za wysoko :-)
      Żaden ze mnie dziennikarz

      Usuń
  2. Dobrze robisz spisując podobne rozmowy, wspomnienia. Jeszcze trochę a tylko to słowo pisane zostanie. A historie zwykłych ludzi zachować dla przyszłych pokoleń. Historia nie może zaginąć.

    OdpowiedzUsuń