sobota, 10 lutego 2018

Śmierć goni śmierć

Miałam pisać o przyjaźni, ale śmierć mnie prześladuję, więc o przyjaźni będzie innym razem. Właśnie czy ktoś z moich czytelników może mi wytłumaczyć czy to jest jakiś znak, że umierają przy mnie ludzie. Czy coś albo ktoś chce mnie przed czymś ostrzec, nie potrafię sobie tego sama wytłumaczyć


Z pierwszą śmiercią zetknęłam się w szpitalu. Starsza pani po amputacji nogi, tylko czasami odzyskiwała przytomność. Chwilę rozmawiałam z jej córką, która była gdzieś w zbliżonym do mojego wieku.

Wieczorem starsza pani była niespokojna, wstałam z łóżka, zapytałam, czy chce się napić, skinęła głową więc delikatnie, żeby się nie zakrztusiła, dałam jej pić z plastikowej butelki z dziubkiem. To było około 22, a o 5 rano, kiedy się obudziłam, już nie żyła.

Po zabiegu przenieśli mnie na inną salę. Tam też umierała kobieta. Pielęgniarki postawiły parawan, który tak naprawdę niewiele zakrywał. Moje współtowarzyszki były tak ciekawskie, że z chęcią same weszłyby za parawan. Nagle wstały z łóżek i kręciły się na środku sali, byle być bliżej, więcej zobaczyć, więcej usłyszeć. To mnie zaskoczyło. Skąd w ludziach taka ciekawość przypatrywania się śmierci?

Odwróciłam się do ściany, nie chciałam na to patrzeć. Kiedy przyszły córki, wyszłam z sali. Pomyślałam sobie wtedy, że może córki chciałby powiedzieć coś swojej mamie, pobyć z nią na osobności.

Kiedy zauważyłam, że jedna z nich wychodzi zapłakana, wróciłam na salę.
- zmarła, zmarła - szeptały towarzyszki z sali i nie potrafiły zrozumieć, dlaczego wyszłam.

O śmierci Sławka, przyjaciela Wojtka, w ogóle nie wspominam, bo w dalszym ciągu w nią nie wierzę. Wydaje mi się, że późną wiosną lub wczesnym latem wpadnie do nas z Joanną.

Dzisiaj około 12, mimo że to nie była pora spacerowa z Kudłem, zarzuciłam ciepłą  kurtkę i poszłam tradycyjnie w stronę zrujnowanego siedliska Krzywców.
A tam na zakręcie stoi czerwony traktor. Zdziwiłam się trochę i nawet chciałam zawrócić myśląc sobie, że może kierowca jest w krzakach i zastanę go w pozycji na Małysza.

Pies zaczął mocno ujadać, pobiegł za traktor, więc nie było rady, podeszłam bliżej. Nikogo w krzakach nie było więc zaglądnęłam do środka. W środku człowiek skulony na podłodze. Pukam, stukam a on nic.

Ja oczywiście bez telefonu, bo przecież wymyśliłam sobie w swojej mądrej główce, że na wsi telefon mi jest niepotrzebny.

Biegnę do domu, ile sił w nogach. Wojtek wzywa pogotowie i policję. I cieszę się bardzo, ze mój życiowy partner jest taką oazą spokoju, bo ja latałam po domu i lamentowałam, że kolejna śmierć, i nie wiedziałam co mam zrobić.

Nie wiem, czy teraz będę umieć chodzić z psem do domu Krzywców. Podobno pan wczoraj po południu wyjechał kupić papierosy. Nie mieszkał sam, a nikt go nie szukał. Wybaczcie dla mnie to jest niepojęte.

Nich to już się skończy, nie przyjmuję większej ilości zgonów.

6 komentarzy:

  1. Graszko, współczuję, bo to zbyt wiele w tak krótkim czasie. szczególnie natkniecie się na zwłoki człowieka podczas spaceru jest na pewno wstrząsem. A nasuwa mi się tu refleksja, jak śmierć w szpitalu odarta jest z tego, co należne tej ostatniej chwili.Nie, Graszko, to żaden znak...to życie, po prostu..

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak dopiero w szpitalu , jak jesteśmy, czy ktoś z naszych bliskich jest dłużej , dopiero widać ten dramat i to ,że niestety każdy z nas umiera. Jedni wcześniej inni później ale każdy.
    Nie należy wpadać w dramat , ale też i nie udawać ,że nie jesteśmy nieśmiertelna. Wiecznie młodzi itd... A taki obraz kreują w mediach , nie tylko naszych. Cieszmy się życiem , szanujemy zdrowie póki jest i boczki mili dla bliźnich . ☺pa!

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak to bywa, ze nieszczescia sie kumuluja, czasem chodza parami, innym razem nadciagaja calymi stadami. Nie mozna byc fatalista, to tylko przykry przypadek. To zbyt wiele dla tak wrazliwej osoby jak Ty, ale z pewnoscia nie jest to zaden zly omen.

    OdpowiedzUsuń
  4. Graszko, taki czas!!! Śmierć wpisana jest jest nieodłącznie w nasze życie....

    Nic nie poradzisz, trzeba zaakceptować...

    OdpowiedzUsuń
  5. Graszko, a pomyśl , ile lat nie zmarł nikt w Twoim otoczeniu- rachunki się wyrównują ... Moja mądra Babcia mówiła, że jest czas narodzin i czas śmierci. W rodzinie był czas narodzin dzieci, ich chrztów- pogrzeby były sporadyczne- dziadkowie, ciocie, wujkowie. Później komunie i bierzmowania a pogrzeby w dalszej rodzinie, sąsiedztwie. Śluby i kolejne narodziny...Jest też czas, gdy kumulują się właśnie te przykre zdarzenia, odchodzą znajomi, bliscy i dalsi i miałam taki czas, że w krótkim casie, niespodziewanie, żegnałam swoich uczniów- młode osoby, które ginęły w wypadkach, umierały w chorobie zdecydowanie za wcześnie... Bolesne to, ale "kto się urodził, musi umrzeć"-to też jedno z powiedzeń mojej Babci. Brzmi może nieszczególnie, ale jest bardzo prawdziwie. Te zdarzenia dają nam znak- przypominają,że życie mamy tylko teraz i od nas zależy, jak je przeżyjemy. Wracaj do zdrowia i bądź szczęśliwa ! BDB

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie potrafię, nie umiem, nie chcę zrozumieć odejścia.......złość, łzy, strach i ta okrutna nie moc, odchodzą Ci najważniejsi, a nam pozostają wspomnienia, rana w sercu, ból......ciśnie się na usta Dlaczego????? pozdrawiam ciepło Dusia

    OdpowiedzUsuń