czwartek, 4 stycznia 2018

Małe miasteczka

Ubrałam dres, kalosze, ciepłą  kurtkę i poszłam w pola otaczające siedlisko. Stanęłam na górce. Powietrze jest ostre i rześkie. Warmia nie wszędzie jest taka sama,  tu gdzie mieszkamy jest wyjątkowa bo pagórkowata.



Na zdjęciu widać kawałek naszego domu, a w oddali  Górowo Iławeckie.

Od domu do miasteczka prowadzi  piaszczysta, dziurawą jak ser szwajcarski droga. Potem  skręt w prawo. Mijam dom sąsiadów, których czasem odwiedzam.  Znowu w prawo i wyjeżdżam na drogę asfaltową. Ten wąski kawałek asfaltowej drogi porośnięty jest starymi drzewami, które o każdej porze roku wyglądają inaczej. Jesienią mienią się kolorami żółci, czerwieni i wszystkich odcieni brązu. Wczesną wiosną wybuchają soczystą zielenią.

"Magiczny świat małych miast, zwykle kochają je ci, którzy tu nie mieszkają" - taką myśl przeczytałam całkiem niedawno w pewnej publikacji na temat małych miasteczek.

Na pewno kochają je ci którzy posmakowali życia w dużym mieście, zaznali stania w godzinnych korkach podczas dojazdu do pracy, pośpiechu, gonitwy. Pracy  w korporacji.

Małe miasteczka mają swój specyficzny rytm.
W czwartki w dzień targowy zaludniają się ludźmi z pobliskich wsi, podobnych do naszej. W sklepach u Szkudlarków zwanych przez nas Labiryntem i w Polo ustawiają się kolejki przy kasie. Tylko, że te kolejki w dużym mieście są określane "brakiem ludzi w sklepie" . Po dniu targowym  miasteczko pustoszeje i z powrotem staje się sennym miasteczkiem.

W naszym miasteczku, wczesną wiosną i latem, na drodze można spotkać drewniany wóz zaprzęgnięty w dwa piękne konie. To nasi sąsiedzi za górki. Zapewne ludzie mieszkający tu na stałe do takiego widoku są przyzwyczajeni, dla mnie taki widok  to powrót do wspomnień z lat dziecięcych, kiedy to  każde wakacje spędzałam u dziadków na wsi.

 Jednak przede wszystkim klimat małym miasteczkom nadają ludzie, którzy tu mieszkają i pracują. To pani z  biblioteki, która zapamiętała, że podczas ostatniej wizyty pytałam o pewną książkę. Dzisiaj kiedy tam pojechałam, książka leżała dla mnie odłożona.

To pan Wojtek który pracuje w sklepie Mrówka. Zawsze podczas podliczania zakupów pyta  o przejezdną drogę, o to jak nam się mieszaka na końcu świata. To również Panie na dziale mięsnym w sklepie Polo, które uśmiechają się do klienta i zawsze można zamienić z nimi słów kilka.

Żyjąc w dużym mieście, byłam bezosobowym petentem/ klientem, w małych miasteczkach jest inaczej. Tu wszyscy o sobie wszystko wiedzą, a jak nie wiedzą to sobie dopowiedzą.

Całkiem niedawno złapałam się na tym, że uczestniczę w tym małomiasteczkowym życiu, że coraz rzadziej przeszkadza mi brak anonimowości. Żyję życiem sąsiadów i martwię się jak oni kiedy umiera dopiero co narodzone zwierzę, cieszę się z ich sukcesów.

Tu żyje się inaczej. Wolniej, spokojniej. Lubię tą swoją  małomiasteczkowość.


Wiosną kiedy będzie więcej słońca wybiorę się z aparatem do naszego miasteczka, wtedy sami zobaczycie ile ma w sobie uroku.

7 komentarzy:

  1. Pięknie opisujesz nie tylko obraz swojego siedliska i okolicy ale przekazujesz atmosferę tych miejsc. Wielkie miasta są potrzebne ale coraz bardziej stają się twierdzami nie do zdobycia. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Duże miasta i małe miasteczka, wszystko jest potrzebne dla równowagi.

      Usuń
  2. Ja też mieszkam na skraju małego miasteczka i nie zamieniłabym się na żadne inne miejsce.
    A to, że wszyscy się znają i wszyscy o wszystkich coś wiedzą to wcale mi nie przeszkadza.

    OdpowiedzUsuń
  3. Podobnie mieszkają ludzie w podkarpackich wsiach. Byłam i podobało mi się, choć nie wiem, czy przeniosłabym się tam na dłużej ze swojej, bardziej cywilizowanej, bo na obrzeżach miasta, wioski ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mieszkamy w dzielnicy Gdańska, którą od wielkomiejskich terytoriów oddziela obwodnica i Trójmiejski Parka Narodowy. Mamy swoje jezioro, piękny park. Dużo zielonej przestrzeni, znajdą się nawet pola uprawne i gospodarstwa. Mieszkam tu już 31 lat i jest dobrze. Nie powiem, że bardzo dobrze, ale na tyle, że nie czuję potrzeby ucieczki z tego miejsca. Niemniej jednak zmienił się charakter mojej dzielnicy - odkąd rolnicy zaczęli wyprzedawać ziemię deweloperom, ci zaczęli budować najpierw bloczki, teraz już bloki. Niby wciąż "niskie", ale za to długie. Zaraz po ślubie kupiliśmy kawalerkę na jednym z takich osiedli, wciąż w tej samej dzielnicy. M-A-S-A-K-R-A!!! Po 3 latach mieszkania w niej, zaadaptowaliśmy strych w moim rodzinnym domu i mieszkamy sobie już teraz w 6 osób. Kiedy wakacyjnie jeździmy po Kaszubach, zachwycam się miejscami i mówię - tu bym zamieszkała, albo tu. W tej ciszy i spokoju. Uczyłabym angielskiego w lokalnej szkole. Może jakieś korepetycje. Mąż ...hm...no nie wiem, ale na pewno coś by znalazł. Chłopcy...no i tu pomysłów brak. Są w okresie szkolnym, właściwie na początku szkolnej kariery. Wydaje mi się, że bliskość Gdańska daje im większe możliwości edukacyjne i rozwojowe. Kiedyś poznaliśmy ludzi, którzy ze Szczecina osiedlili się w Łapalicach pod Kartuzami. Na początek ich córki chodziły do szkoły wiejskiej, potem była edukacja domowa, a koniec końców i tak jeździli z nimi do szkół w Trójmieście. Kiedyś mieli chyba pomysł na sprzedaż domu. Koniec końców są w Łapalicach, dziewczyny to już panienki bardzo samodzielne i myślę, że są ze swojej decyzji pozostania na wsi zadowoleni. Najważniejszy jest ten pierwszy krok i chęć podjęcia wyzwania...Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Droga Graszko,

    mam prośbę: szanujmy język polski.
    Ubieramy choinkę albo dziecko. Zakładamy sukienkę,kalosze i płaszcz albo ubieramy się w sukienkę kalosze i płaszcz.

    OdpowiedzUsuń
  6. Droga Graszko,

    mam prośbę: szanujmy język polski.

    Ubieramy choinkę albo dziecko (w kurtkę, kalosze). Ubieramy się w sukienkę, kalosze i płaszcz.

    OdpowiedzUsuń