niedziela, 28 stycznia 2018

Dzień dziewiąty (z pamiętnika samotnego mężczyzny, tekst lekko drastyczny)

Zwykle wygląda to tak. Mniej więcej między piątą a szóstą rano, gdy straszliwie ciemno i zimno na dworze, gdy za żadne skarby nie chce się wysunąć żadnego członka spod grubej puchowej kołdry, czuję na ustach delikatny pocałunek. To Hanna. I już wiem, że muszę wstać.


Wypełzam więc zaspany, a ona czeka przy drzwiach patrząc na mnie oczyma czarnymi jak noc. Z drugiej strony drzwi czeka już reszta futrzastego towarzystwa, głodnego niczym stado lwów na pustyni. Sypię więc wszystkim po garści suchego żarcia.

Następnie szorowanie (moich) kłów, przemycie ocząt, dumanie na tronie, czyszczenie kuwet, parzenie kawy, którą wypijam naświetlając się przed ledowym monitorem.

Kominek czyszczę i rozpalam przeważnie po kawie, trochę przed siódmą, gdy na tworze robi się już jasnawo. Staram się mieć przygotowane drewno, żeby skoro świt nie latać w zimnicy do szopy.

Koło ósmej drugie karmienie kotów wewnętrznych mięsidłem z puszki. Dwa koty zewnętrzne próbują sforsować drzwi wejściowe. To najniebezpieczniejsza faza karmienia. Jak oszalałe rzucają się na kocie łakocie.

Muszę pamiętać, aby nie zostawić opróżnionej puszki, bo ostatnio, kiedy mnie nie było Mironka wetknęła do puszki łeb i nie mogła go wyjąć. Wracam ze szpitala a tu coś dziwnego siedzi przed domem – kot z łbem zakutym w stalowy hełm.

Nie, nie było mi do śmiechu. Dobrze, że przerażona nie uciekła gdzieś na pola, bo by zdechła z pragnienia, albo nawet się udusiła. Z trudem ją oswobodziłem.

Gdy kotowate najedzone, idę z trójnogim psem na spacer. Przeważnie do starej gruszy na zakręcie. Zrobi co musi a potem tęsknie patrzy w stronę lasu, za który mieszka jego narzeczona. Parę dni temu omal nie uciekł (ponownie), ale słysząc moje groźne porykiwania, zmitygował się i zawrócił.

Po powrocie ze spacerniaka karmienie. Najpierw pies, potem zmywarka na końcu ja. Z tą zmywarką to jest tak, że wiedziałem, iż jest coś takiego w domu. Taka biała, metalowa, duża skrzynia koło zlewu, którą bardzo sobie chwali Graszka. Ale jakoś tak się złożyło, że dotąd nie mieliśmy okazji zawrzeć bliższej znajomości.

W czwarty dzień samotności, kiedy skończyły się czyste naczynia, a to co zmagazynowałem na blacie, groziło lawiną, obejrzałem sobie dokładnie ową zmywarkę. Domyśliłem się, że na górnej półce umieszcza się kubki i szklanki, na dolnej zaś talerze, gary i sztućce.

Jako że Graszka parę razy kazała mi kupić tabletki do zmywania, wetknąłem jedną z pudełka pod zlewem, w kieszonkę na drzwiach. Potem już było z górki, wciśnięcie 2 guzików ( we wciskaniu guzików jestem mistrzem) i zaczęło się pranie.

Z karmieniem siebie samego to myślę sobie, że jakiś producent żywności powinien opracować zbilansowany suchy pokarm w workach 10 kg dla nagle osamotnionych mężczyzn. Tak jak psów i kotów czy rybek akwariowych. Sukces murowany.

Przez pierwsze dni przejadałem zapasy, które były w domu. Na szczęście było tego trochę, bo w feralną sobotę miało mieć miejsce spotkanie towarzyskie. Gdy głód zajrzał mi w oczy, udałem się do Polo i nakupowałem różnych cuda wianków, za które mi wstyd. Tłumaczy mnie jedynie to, że głęboka depresja wymagała zaaplikowania mocnych antydepresantów.

I tak oto wróciłem do żarcia fabrycznego. Otkerowa pizza, nie powiem nawet dobra, pyzy, które okazały się pierogami z mięsem, zupki chińskie, sajgonki co smakowały gorzej niż okropnie.

Po raz kolejny dałem się naciąć producentom. Tym razem była to ryba po węgiersku firmy SEKO. Otwieram wielgaśne pudełko, a w środeczku w oceanie cebuli, pieczarek i marchewy, pływają 3 (słownie trzy) maciupeńkie kawałki ryby. Legyen átkozott! - zakląłem szpetnie w języku bratanków do szabli i do szklanki.

Ale nic nie przebije firmy Frosta z jej „NASI GORENG”. Na opakowaniu stało: Indonezyjskie danie z ryżem, soczystym kurczakiem oraz chrupiącymi warzywami. 100% naturalnego smaku, bez wzmacniaczy smaku, bez barwników, bez aromatów. A wszystko to w 9 minut!

Opakowanie wielkie, półkilogramowe, wow! Pasibrzuch nie będzie głodny! Sypię zmrożoną zawartość na rozpaloną patelnię, mieszam co by się nie sfajczyło, wielkie lodowe grudowe topnieją jak grenlandzkie lodowce.

Ale hola, hola! Co to do kurki wodnej nędzy?? Gdzie te chrupiące warzywa, gdzie soczysty kurczak?? W ryżowej kleistej breji pływa może z pięć kawałków gumiastych kawałków czikena, ale warzyw miniaturowe w ilościach śladowych. O losie, gdyby szybko nie dodał cebuli, czosnku, kukurydzy z puszki, skrojonych trzech parówek indyczych, to bym zmarł śmiercią głodową…

No dobra, koniec tego przydługiego tekstu z pamiętnika samotnego mężczyzny, którego pewnie mało kto doczyta do końca (nieprawdaż hi hi), Jeżeli przeżyje dzisiejsze taśmowe krokiety z mięsem, to może napiszę ciąg dalszy.

Na szczęście Graszka jutro wraca, nie będę musiał się wiec zapoznawać z pralką. Zawsze mnie bowiem przerażała konieczność określania co jest białe a co kolorowe. Stos brudów piętrze się pod sufit, ja wyglądam jak lump, ale do jutra dam wytrzymam.

14 komentarzy:

  1. Przypomniał mi się nagle osamotniony sąsiad, który został zobligowany podczas nieobecności żony do zrobienia prania. Zlitowałam się, bo miał ten sam dylemat, co Ty:) Pierwsza partia już była wyprana- zaoferowała się pomóc w segregacji pozostałych brudów. Wyszło z tego 6 kupek, każda w innym kolorze - złapał się za głowę, co za marnacja proszku, wody, prądu. Ja złapałam się za głowę, jak wyjęłam, tą pierwszą zapakowaną przez niego partię. Otóż, pranie składało się, uwaga...z dziecięcych dresów w rożnych kolorach, pościeli, dżinsów, ręcznika frotte, skarpetek różnej maści.. Masakra- wszystko w burym kolorze zużytej ścierki podłogowej. Nie wiem, czy mój wykład o poprawności segregowania został przez onego pojęty, ale starałam się wytłumaczyć, po co to się robi. Cieszę się, że Graszka już wraca, ślę pozdrowienia i uściski.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak dobrze,ze Graszka wraca:) Nigdy nie zrozumiem, jak inteligentny facet nie ogarnia tego, co zrobi kobieta nawet bez ukończonej podstawówki:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Cztery dni na bezludnej wyspie i już dramat :)
    Graaaszkooo!
    Wracaj....
    My też czekamy :)
    Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam Twój humor egzystencjonalny😉.
    Podpowiem Ci że rozwiazaniem problemow z praniem jest posiadanie rzeczy czarnych,granatowych i ciemnozielonych, brązowych. Z powodzeniem można prac razem i nie ma klopotu😁
    Troche mi sie skomplikowała sprawa jak zostalam żona i matką.
    Pozdrawiam serdecznie i życzę dużo dobrego dla Grażki ☺
    Ps. Może tak po powrocie ze szpitala niechaj choć jeden dzien odpocznie i się zaklimatyzuje, wiec wiesz zepnij dziś co niektore części ciała, odkurzacz odpal, wilgotną sciereczke do kurzu starcia, a w miedzy czasie odsortuj ciemne rzeczy i wrzuc do prania. Pozostale ukryj skrzetnie😁 i będzie pięknie.

    OdpowiedzUsuń
  5. :)) Black dobrze radzi.

    Sforę głodomorów ogoniastych mogłeś wyciszyć waląc do mich na zapas,na noc sporo suchej karmy.

    Pozdrawiam serdecznie,byłeś bardzo dzielny, ale niech już Graszka wraca!

    OdpowiedzUsuń
  6. To ja w domu mam prawdziwy skarb. Mój mąż, jak jest taka potrzeba gotuje, sprząta, pierze.
    Pozdrawiam serdecznie.
    regian

    OdpowiedzUsuń
  7. Są jeszcze miejsca na kuli ziemskiej,gdzie ludzie nie mają pralki:)I to wcale nie jest Uganda czy inny Paragwaj:) W Ameryce podobno są pralnie dla biedniejszej ludności w spożywczych sklepach,tzn.pewnie tzw.punkt przyjęć:)
    Może by tak na wsi coś podobnego?:))
    Pozdrawiam,stęskniłam się za Graszką
    Ulka

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja się właśnie zastanawiam, jak będzie wyglądał mój dom, gdy ja zalegnę (najpierw w szpitalu, potem w domu). Bo że zalegnę tego roku, to już wiem. Też się zastanawiam, co ja jeść będę, bo gotowanie spadnie na męża. Tak samo, jak obsługa naszych dzieci, psa i papugi ;)
    Wszystko niby dorosłe, ale...mąż już dawno tego nie robił ;)

    Dużo zdrowia dla Graszki :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Jak to, jutro wraca, czyli gitara? Toż teraz Graszką będziesz się musiał poważnie zaopiekować. Wprawdzie ona w kwestii pralki Cię poinstruuje, ale brudną robotę będziesz jednak musiał wykonać sam:)) Nie ma lekko, lecz najważniejsze, że ukochana wraca.

    OdpowiedzUsuń
  10. Bez żartów Wojtek - facet samotny to taki, który nie potrafi zliczyć, który to już nastał dzień jego samotności, a Ty póki co, dokładnie wiesz który to dzień. Zamiast użalać się nad sobą, pomyśl jak wyręczyć Graszkę z obowiązków domowych po Jej powrocie ze szpitala. wiem, że w zamyśle tekst ma być żartobliwy, ale przebija z niego coś .........., słowem - a fe
    sarna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a ja myślę, że Wojtek żartuje :))) na bank nie pozwoli Graszce latać na ścierce i robić prania :)
      No, pewnie liczy, ze Graszka powie mu co i jak ma zrobić i na tyle pewnie będzie miała siły :)

      Wojtek, ubawił mnie ten zapis samotnego faceta i Twoje eksperymenty z żarciem kupnym, bo jedzeniem chyba tego nazwać nie można, niestety. A już pomysł suchej karmy dla nagle samotnego faceta jest genialny!! Weź to opatentuj i będziesz miliarderem hahahah
      Pozdrowionka dla Graszki ♥

      Usuń
    2. Też traktuję ten wpis żartobliwie, ale jednak taka prawda,ze samemu gorzej i smutniej i w ogóle:)

      Usuń
  11. Och, jednak z glodu nie skonales, choc watpia moga Ci to jeszcze przez jakis czas wypominac.
    Graszka zalatwi Ci szybki kurs prania i juz sie nie bedzie musiala martwic :))).

    Graszko, duzo zdrowia!

    OdpowiedzUsuń
  12. No świetnie, no nic w tej materii nie zmieniło się od wieków. Wiadomo mężczyzna z innej jest planety i basta. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń