wtorek, 12 grudnia 2017

Nie chwal dnia przed zachodem słońca

Konieczność udania się na zakupy w naszym urokliwym miasteczku przeciągam do ostatniej chwili. Miałam pojechać w sobotę, ale byliśmy na urodzinach. Obiecałam sobie, że pojadę w niedzielę, ale byliśmy na poprawinach urodzin. Tak, tu na Warmii uchowała się jeszcze staropolska  gościnność, ale o niej i o ludziach będzie następnym razem.


Nastał poniedziałek. Stanęłam w oknie. Popatrzyłam na śnieżnobiałe pole. Cudnie myślę sobie, jednak od patrzenia lodówka sama się nie zapełni. Czas jechać na zakupy.


Ponieważ wraz z Wojtkiem jesteśmy lokalnymi patriotami, pierwsze kroki skierowałam do sklepu zwanego Labiryntem. Jest to sklep, który na zewnątrz jest niepozorny, za to w środku niesamowicie duży.

Kupiłam co miałam kupić, zapakowałam do bagażnika i pojechałam zgodnie ze zrobioną listą do kolejnego sklepu, tzw. "Mrówki". Wchodzę a tam mnie wita stojący renifer, a może to był łoś. Zaczyna kręcić zadkiem w brązowych spodniach i śpiewać "Jingle Bells".



Tak mi się to spodobało, że wróciłem z powrotem do drzwi, a on znowu mnie  wita. To ja znowu wychodzę i wchodzę, a on znowu mnie wita.  I tak stałam w tych drzwiach i w kółko się kręciłam, aż łoś zwany Zdzichem (podpowiedziała pani ekspedientka) zaciął się i przestał śpiewać. Ponieważ obsługa w tym sklepie jest niesamowicie miła, pani sprzedawczyni podpowiedziała, że  rączkę Zdzichowi  trzeba uściskać.

Moja radość udzieliła się wszystkim na tyle, że dostałam propozycję zostania do zamknięcia sklepu czyli do 18. Żal było zostawiać Zdzicha, ale cóż, mus to mus. Trzeba wracać do domu przed zmierzchem.

Jadę sobie powoli moją piaszczystą drogą pokrytą śniegiem, nucę "Jingle Bells" aż tu nagle wpadłam tylnym  kołem w dziurę i słyszę  huk niesamowity. Oj odechciało mi się śpiewać kolęd, odechciało.

Jadę  dalej, a to wali niemiłosiernie. Zatrzymuję auto,  wysiadam.  Patrzę na koła, są cztery, żadna część auta  nie leży na drodze.

Dzwonie do Wojtka z krótką informacją - wpadłam w dziurę i coś mi klekocze.
Tego to ja bym się nie spodziewała. Proszę sobie wyobrazić, że spadła szyba od drzwi pasażera. Tak się zsunęła, że za nic Wojtek nie mógł jej wyciągnąć. Auto pojechało do lekarza.

Nie ukrywam Warmia jest piękna, ale drogi zatrzymały się na późnym PRL-u. No cóż, chyba trzeba będzie z panią Wójt iść na wojnę :-) ale to może po świętach

3 komentarze:

  1. ja przeciągam wyjazd z Gajowiska ile się da . Od roku mieszkamy w lesie i niechęć do cywilizacji zawładnęła nami niesamowicie. pozdrawiam z Podlasia - Dośka vel Gryzmolinda

    OdpowiedzUsuń
  2. A to, przygodę miałaś. My, mieszczuchy przemierzamy przestrzenie sklepowe w naszym osiedlu, gdzie udajemy się na własnych autonogach, kupowanie swiąteczne zaczynając etapami od produktów, które mogą poleżeć, albo zostać zamrożone, a kończąc tuż przed wigilią na tych, które od razu do garów idą. U Was nie da się bez samochodu, a u nas odwrotnie, lepiej bez samochodu, bo to co dzieje się przed marketami i na mieście z dojazdem, zaparkowaniem i wyjazdem przyprawia o ból głowy i nerwicy można się nabawić:-)
    Marytka

    OdpowiedzUsuń
  3. Ojojoj, nie lubię takich sytuacji...

    OdpowiedzUsuń