niedziela, 3 grudnia 2017

Hermenegilda von Schwerin auf Wildenhoff

To miał być wieczór Andrzejkowy, wróżby, lanie wosku i takie tam, ale zwiedziały się o tym zaświaty, i zrobiło się halołynowo.

O 18 pogasiliśmy wszystkie świata. Mrok nocy grudniowej rozpraszał zimny superłysy i stojący na stoliku z prastarych desek świecznik.

Już po chwili zaczęły drgać szklanki i talerze w starym kredensie, zagibały się płomyczki świec, zawył trójnogi pies, zjeżyły się smoliste koty, zawył wiatr w kominie.

W okno ktoś mocno zastukał, Graszka aż podskoczyła. A za oknem zjawa, istota zza światów, duch młodej kobiety z naftową lampą w ręku.

Hermenegilda von Schwerin auf Wildenhoff, sławna biała dama z Górowa, we własnej osobie. W Landsbergu straszono nią dzieci, gdy nie chciały się uczyć do szkoły. W młodości straszliwie zakochała się w Księciu von Köslin, i gdy ten zginął podczas wojen Napoleońskich, utopiła się w parkowym stawie.

Można ją czasem spotkać ciemną nocą, zwłaszcza w Górowskim parku, gdzie spaceruje ze swoim ukochanym pieskiem o imieniu Feige, wołając z cicha: „Wo bist du mein Geliebter?”

Białej damie towarzyszył Wernyhora, wędrowny starzec (choć na starca to on raczej nie wyglądał) wieszcz i lirnik kozacki. Ubrany w czarną, bogato zdobioną soroczkę. W ręku dzierżył starą księgę i woreczek z ziołami.

Cóż mieliśmy robić? Z duchami lepiej nie zadzierać, zwłaszcza w taką noc. W dom zaprosiłem, czym chata bogata, bąknąłem, kawka, herbata, wino zacne, własnopędzone?

Wernyhorze aż oczy na czerwono zgorzały na widok antałka, na towarzyszkę błagalnie spojrzał. Rydwan prowadzisz, odparła, w lot domyślając się o co mu chodzi. але моє сонце, wyszeptał. Nein! - zgasiła go krótko.

Potem by tradycji się stała zadość, starzec zioła czarodziejskie rozpalił, choć nie łatwo mu to poszło, co chwila dolewając magicznego płynu z malutkiej buteleczki, z której też dyskretnie pociągał, gdy Hermenegilda zajęta był rozmową.

Rozeszła się woń palonego piołunu zmieszanego z mięta. Fioletowy ogień w kielichu z czaszkami rozświetlał skupione oblicze wieszcza, który mamrotał pod nosem (po kozacku?) zaklęcia.

Potem z dłoni Graszkowej wyczytał jaki los ją czeka.
Taki to był wieczór, w domu pod bocianim gniazdem, na końcu świata.







6 komentarzy:

  1. Omatulu! Ciemno wszedzie, glucho wszedzie... co to bedzie...?

    OdpowiedzUsuń
  2. Ło matko ależ strachem powiało, jeno Światło przy życiu trzymało.
    Super to wieczór zaiste był!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Firanka na głowie Hermenegildy... zaiste stylowa, taka bardziej sprzed dwustu lat... Ale cóż, Kobiecina też "niemłoda" i niepierwszej świeżości skoro znała się z Napoleonem... Opowieść z dreszczykiem !!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ufff, masz talent do robienia nastroju :). Jakos tutaj nigdy nie slyszlam o duchach, choc w tak leciwym grodzie pewnikiem jakas dramatyczna historia znalazla.

    OdpowiedzUsuń
  5. Czasem wystarczy jedynie przystanąć. Zatrzymać się na chwilę, odetchnąć i usiąść. Ciepłą dłonią osłonić przemarznięte oczy. Zwykle jednak niestety czekanie się dłuży, gdy wśród pustki mazurskiej wyrywamy trzewia, zrywamy stare tynki, framugi i odrzwia, i niczym ruski sołdat gmeramy nerwowo
    rozgarniając dachówki nie łapiąc niczego. Bo jak szukać, gdy wszystko wciśnięte między oknem i dymem z komina.

    OdpowiedzUsuń