poniedziałek, 18 grudnia 2017

Gdyby na nowo narodził się Jezus

Wpis o tym co mi się nie podoba pozostawię na po świętach, myślę, że to będzie  lepszy czas.

Dzisiaj będzie troszkę refleksyjnie. Wygrzebałam stary tekst z grudnia 2011 roku.
 Zapraszam do poczytania




To była inna Wigilia niż poprzednie. Nie było gonitwy po sklepach za świeżym pstrągiem, śledziem czy karpiem. W kuchni nie pachniało pieczonymi ciastami i mandarynkami. Dokupiłam jedynie dwadzieścia deko szynki prasowanej, i tyleż samo polędwicy sopockiej, którą tak uwielbia syn. Nie stałam w kuchni przez tydzień jak wiele kobiet przed świętami. Wigilię miałam spędzić u siostry.
Poranek przywitał mnie aurą typową dla polskiej jesieni. Czarne chmury zawisły nad miastem. Brak śniegu rekompensowały włożone do kryształowego wazonu świerkowe gałązki, ozdobione czerwonymi kokardkami i lampkami w kształcie sopli lodu. Przypominały, że to Święta Bożego Narodzenia a nie Wielkanoc.
W wigilijny poranek zaplanowałam wizytę na oruńskim cmentarzu, na którym jest pochowany mój tata, oraz mama Patyczaka i mama Pyzy. Po drodze zajechałam do centrum Pruszcza po Honię. Obiecałam jej pomóc w transporcie potraw, które przygotowała, na wigilię u mamy.
Zbliżałyśmy się do głównego skrzyżowania rozmawiając o planach na święta. Światło zamieniło się na czerwone, delikatnie wcisnęłam hamulec. Honia przegryzłaby mi tchawicę gdyby jej wigilijne dania wylądowały na przedniej szybie.
– Widzisz tego faceta? – spytała wskazując na wąski zaułek pomiędzy kioskiem ruchu a witryną banku Milenium. – Tego z niebieską siatką – dodała.
Pomimo kłębiącego się na przystanku tłumu nie sposób było go nie zauważyć. Miał długą posiwiałą brodę. Nie był wysoki, a na dodatek garbił się. Wyglądał na zmęczonego życiem starego człowieka, można by go wziąć za bezdomnego. Ubrany był w za dużą ortalionową, nie pierwszej młodości, pikowaną kurtę i czarne spodnie. Głowę wieńczyła wełniana czapka.
Rozglądał się na boki, tak jakby spadł z księżyca, nie wiedząc co tu robi, gdzie ma iść. W ręku trzymał brudną wypchaną siatkę. Nie pasował do świątecznie ubranych ludzi, do pełnej neonów i ozdób ulicy. W końcu ruszył i zniknął za budynkiem.
– To był emerytowany kapitan lotnictwa, wzór dla wielu młodych lotników z Jednostki w Pruszczu – odezwała się Honia. – Człowiek inteligentny, wykształcony a zarazem bardzo dobry. Nie dawno zmarła mu żona. Znajomy poprosił go o żyrowanie dość wysokiego kredytu i wyjechał nie spłacając go. Dobrał się do niego bank. Z trzypokojowego mieszkania eksmitowali go do jednopokojowego, a teraz grozi mu następna eksmisja. Na bruk. Komornik zabrał mu wszystko.
Zmieniło się światło, samochody ruszyły. Długo o nim myślałam, przywołując w myślach jego zgarbioną postać. Gdyby na nowo narodził się Jezus, i wraz z rodzicami koczował dajmy na to pomiędzy kioskiem ruchu a bankiem Milenium, czy przeszlibyśmy obok w pośpiechu, tak jak mijamy żebrzące cygańskie dzieci?
A gdyby ktoś taki jak ten kapitan, albo inny bezdomny, zapukał do nas w wigilijny wieczór, ilu z nas posadziłoby go przy stole? Ile osób podzieliłoby się opłatkiem? Przecież właśnie dla zbłąkanego, strudzonego wędrowca stawiamy jedno nakrycie.
W strugach deszczu sprzątałam wraz z synem taty nagrobek. Postawiłam świąteczny stroik, rozłożyłam parę gałązek świerku. W pewnej chwili rozmowa zeszła na temat ludzi ubogich. Syn uważał biedaków za pijaków, bumelantów, złodziei. Próbowałam wytłumaczyć synowi, że nie należy oceniać ludzi po wyglądzie. Ktoś ubogi może być dobrym, szlachetnym człowiekiem.
– Mamo z tobą nawet nie można podyskutować, bo ty zawsze bronisz wszystkich ludzi. – wycedził kiedy zabrakło mu argumentów.
– Nie bronię, jedynie próbuję zrozumieć – odpowiedziałam.
Przemoknięci wstąpiliśmy po mamę.  Wracaliśmy radośni. Wieczorem czekało nas spotkanie w gronie rodzinnym.
Nie musiałam wracać na tamto skrzyżowanie, mogłam skręcić ulicę wcześniej. Chciałam go jeszcze raz zobaczyć. Zerknęłam w zaułek, nie było go. Zniknął z mojego świata ale pozostał w mojej pamięci.

7 komentarzy:

  1. Przyznam, że dość często podobne myśli przychodzą mi do głowy. Dlaczego już nie przyjmujemy "wędrowców"? Pewnie dlatego, że takowi u progu tej tradycji nie odbiegali statusem od reszty. Byli po prostu podróżnymi. (Prawdę mówiąc, nie jestem pewna, czy takie nakrycie czekało na żebraka.) Teraz boimy się brudu, chorób i (co ważniejsze) czujemy się po prostu zagrożeni - choćby i kradzieżą bądź napaścią. W zmienionych realich stary obyczaj starcił na aktualności, istnieje potrzeba wypracowania jakichś nowych formuł.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak to już jest z tym miejscem dla wędrowca stoi przeważnie puste.A tyle wędrowców wokół nas.Pozdrawiam serdecznie:)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Gdyby na nowo narodził się Jezus...
    Miałby problemy takie jak dawniej. I nie chodzi tu o to, że byłby ubogi.
    Gdyby zaczął głosić swoje nauki, prawdopodobnie uznano by Go za bluźniercę albo człowieka niespełna rozumu. Albo założyciela jakiejś sekty. No, nie wiem, czy obecni wyznawcy Jezusa są gotowi rozpoznać Go po przynoszonej z Góry wiedzy o Bogu, czy też oczekują na przystojnego mężczyznę z długimi włosami z obrazka... Bożena

    OdpowiedzUsuń
  4. Nadal mozemy kultywowac te tradycje - wystarczy zaprosic kogos, o kim sie wie, ze jest sam, samotny, ze nie dokad pojsc w Swieta. Bardzo czesto takie osoby odmawiaja wziecia udzialu w Wigilii, bo nie sa w stanie zrobic prezentow dla wiekszej rodziny.. a w duchu placza z samotnosci i zalu.
    Nie musimy szukac zebraka, wystarczy rozejrzec sie dookola - czestow wsrod wlasnej dalszej rodziny jest taka osoba, wsrod sasiadow, czy nawet osob, ktore spotykamy na codzien w sklepie czy na poczcie.
    Oni tez sa wedrowcami, zagubieni, zapomnieni, niepotrzebni nikomu.
    Gina

    OdpowiedzUsuń
  5. Zalogowalam się, aby napisać swoją opinię, ale nie będę się powtarzać - Giną już napisała, co chciałam powiedziec:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Zgadza się; Gina ma rację. Jeszcze jedna bezsensownie kultywowana tradycja. Po co te "prezenty"? Chyba po to, by bogaci mieli rozrywkę a biedni kompleksy. Ja juz z tego zrezygnowałam. I oby starczyło mi konsekwencji. To niestety dość trudne.

    OdpowiedzUsuń
  7. Errato droga, prezenty powinny byc , ale glownie dla dzieci - zeby im sprawic radosc, zeby im sie Boze Narodzenie kojarzylo z radoscia, ze swietowaniem, z Urodzinami, z oczekiwaniem , z czasem wyjatkowym i szczegolnym :)

    Natomiast my dorosli moglibysmy sie bez nich obejsc - absolutnie:)
    Pozdrawiam Gina






    OdpowiedzUsuń