niedziela, 9 kwietnia 2017

Ordnung ist des Hauses Zierde - S02E01

W jeden z ostatnich dni marcowych, jak co roku, w posadowionym na elektrycznym słupie gnieździe, wylądował zmęczony długą drogą bocian Jan. Prawie dwa miesiące leciał z odległego ciepłego kraju, królestwa słońca i obfitości pożywienia.

Podczas przelotu nad Libanem udało mu się ominąć kule złych ludzi, niestety wielu z jego towarzyszy padło trafionych. Pokonując wysokie góry natrafił na gwałtowną burzę i porwany przez wiatr cudem uniknął rozbicia o skały.

Prawdę powiedziawszy wędrowiec zjawił się już dzień wcześniej. Nad brzozowym laskiem zatoczył wielki krąg. Niby wszystko zgadzało się, stawy, droga na Paprocin, stara stodoła i obora, ale dom był jakiś inny. To ja, to ja krzyczał do niego stary dom, mam nowy dach! Ale nieufny bocian zataczał kręgi i nie mógł się zdecydować.

Pokrążył po okolicy, posilił się na mokrej łące, noc spędził nad pobliskim stawem i doszedł do wniosku, że jednak dobrze trafił. Parę minut po ósmej rano wylądował w opuszczonym od zeszłego lata rodzinnym gnieździe. Stary dom bardzo się ucieszył, bez bociana z którym nocami przeprowadzał długie dysputy, czułby się samotny.

Pierwszy zauważył bociana nowy gospodarz. Zawołał do niego radośnie w tym dziwnym człowieczym języku i wyciągnął z kieszeni małe pudełko, które skierował w stronę gniazda. Bocian wiedział, że ludzie stale noszą z sobą owe dziwne pudełka, do których albo coś mówią, albo cały czas patrzą, dotykając palcem.
 - No cóż, dziwna to rasa – pomyślał zmęczony bocian nie zwracając uwagi na podskakującego radośnie gościa w czerwonej bejsbolówce.

Następnego dnia, kiedy doszedł do siebie po długiej podróży, zabrał się za reperowanie gniazda. Pracy było huk a czasu mało, za parę dni miała przylecieć pani bocianowa, której nie widział od zeszłego lata. Nie miał więc czasu na rozmowy ze starym domem, który koniecznie chciał mu opowiedzieć o tym co działo się zimną porą.

Jakież było zdziwienie bociana, gdy po południu, kiedy w pocie czoła reperował bociani dom, zjawiła się jego towarzyszka, zwana przez gospodarzy Barbarą. Nie dała sobie wytłumaczyć, że ledwo co przyleciał, że musiał odpocząć, że omal nie zginął na Libanem i wysokimi górami. Pani bocianowa bezlitośnie ciosała mu kołki na głowie.

Jan, który był niespotykanie spokojnym bocianem, pokornie znosił reprymendy towarzyszki. Barbara choleryczką była z natury, psioczyła (a może raczej bocianiła?) ile wlezie, na długą drogę, na marne gniazdo (jej przyjaciółki mają ładniejsze) i marność jadła jakie oferowały pobliskie łąki.
- Po co my tu wróciliśmy? – utyskiwała. - Zimno, mokro, błoto, no sam popatrz! Było zostać tam gdzie ciepło a jedzenia w bród, a tu wieczne utrapienie, wieczne...

I wybuchłby bocian Jan, nie mogąc znieść tyrad małżonki, choć był niespotykanie spokojnym bocianem, ale na szczęście matka natura spuściła monsunową ulewę, która skutecznie zgasiła barbarze połajanki.


5 komentarzy:

  1. Jak co roku, pedzone przez naturalny slepy instynkt, udaja sie w dluga, niebezpieczna i meczaca podroz, by uczynic zadosc bocianiej tradycji i powolac na swiat kolejne pokolenie bociankow. I dobrze, bo ktoz by nam dzieci przynosil?

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze, że przyleciały. Możliwość obserwacji tej parki codziennie lepsza, niż oglądanie filmów.
    regian

    OdpowiedzUsuń
  3. No pięknie napisane. I w moich stronach są bociany. Dzisiaj sprawdzałam czy przyleciały do Podgórzyna - są w gnieździe. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Juz mi brakowalo Bogumilowych opowiesci :). Biedny Jan-bocian, Basienka mu kolki na lbie lubi ciosac ;). Czyzby przez takie polowice tutejsze bociany w wiekszosci zrezygnowaly z trudów zamorkich wojazy?

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak sobie wybrał Barbarę, to ma przed sobą Noce i Dni...

    OdpowiedzUsuń