piątek, 24 lutego 2017

Krótka opowieść o deskach świerkowych


Bogumił pisze

Kiedy tamtego marcowego ranka 1858 roku, w lesie Iławskim, nieopodal leśniczówki Stablack, młodszy leśniczy Johannes Muller z pieczołowitością okopywał sadzonkę świerku, nie mógł przewidzieć jakie będą losy tego drzewa kiedy nadejdzie jego, to znaczy drzewa, koniec. Mógł jedynie domyślać się, że za kilkadziesiąt lat inny leśniczy z prusko-wchodniego okręgu Preußisch Eylau, zetnie je i powstaną z niego wspaniałe deski. I tak też się stało.

U progu wiosny 1936 roku, kiedy to dawne Prusy Królewskie nazywały się już Prusami Wschodnimi i były częścią III Rzeszy, nadszedł kres świerku i jego braci. W łomocie siekier, jazgocie spalinowych pił, podcięty spadł wydając krzyk rozpaczy, który odbił się od chmur i zatrwożył inne drzewa w lesie. Zadrżała lekko matka ziemia, bo zawsze cierpki gdy ginie jedno z jej dzieci.
Pocięte w tartaku w Worlack świerkowe deski załadowano na wielką ciężarówkę, która powiozła je do składu budowlanego w Landsbergu. Przynajmniej nas nie rozdzielono, myślały deski, ale co będzie dalej nie wiadomo.
Parę miesięcy później załadowano je na wóz konny i powieziono drogą na Mehlsack. Kilometr za miastem, w miejscu gdzie szosa skręcała w prawo, woźnica zjechał na trakt na Papperten. Po kilkunastu minutach kluczenia deski dotarły na miejsce, w którym miały spędzić następne 80 lat.
Budowniczowie rozkładali je swymi spracowanymi dłońmi na krokwiach i przybijali starannie. I tak oto posadzony przez młodszego leśniczego Johannesa Mullera świerk stał się częścią domu, który wiele lat później nazwano domem pod bocianem.
Wkrótce potem wybuchła straszliwa wojna, która na szczęście oszczędziła dom, oraz pobliskie miasteczko, nazywające się odtąd Górowo.
Dom pod bocianem bardzo dobrze pamiętał ten styczniowy dzień 1945 roku, kiedy jego przerażeni mieszkańcy w pośpiechu spakowali swój dobytek i uciekli na zachód.
Długo patrzył za nimi smutnymi oknami, gdy ciągnęli wózek ze skromnym dobytkiem drogą na Landsberg, a z oddali dochodziły groźne grzmoty, huki, i rumory, tak jakby nadciągała burza, ale tym razem to ludzie byli sprawcami.
Lata mijały. Po zimie następowała wiosna, a po niej lato. Świerkowe deski dzielnie chroniły przed wilgocią wrażliwe wnętrze domu. A jako, że były córkami mocnego drzewa, takiego jakie już dzisiaj nie rosną, czas obchodził się z nimi łaskawie.
Lecz czas spokoju się skończył. W sierpniu 2016 roku brutalnie oderwano je od krokwi. Część z nich zrzucono na ziemię, cześć trafiła na poddasze. Te ostatnie, jako że były w lepszym stanie, dostały nowe życie. Po bolesnym oczyszczeniu stały się ozdobą wnętrza remontowanego domu.
Te gorsze, częściowo spróchniałe trafiły do starej obory. Będziemy spalone, cicho płakały nocami, niech no tylko nadejdzie zimny czas, potną nas i pożre nas odwieczny wróg, ogień. Miesiące zimowe mijały ale koniec nie nadchodził, pojawiła się nadzieja.
Kiedy w połowie lutego 2017 roku spłynęły natangijskie wody, nowa mieszkanka zagoniła - nie bez trudności - mężczyznę zwanego Bogumiłem do obory. Razem poczęli maltretować świerkowe deski elektrycznymi maszynami. Pocięte na kawałki deski zanieśli do domu i kobieta poczęła na nanosić na nie różne preparaty i farby. I tak oto dopełniło się przeznaczenie świerkowych desek


Kolejna Maryjka powstała dla mamy pana Wojtka, pani Urszuli 




4 komentarze:

  1. Oj jak pięknie. Jednak ja wyobraziłam sobie ten ostatni szaleńczy pogrom drzew w różnych miejscach. Czy aby deski z tych drzew będą miały tyle szczęścia co te z Maryjką, które po tylu latach będą jeszcze długo cieszyć Oko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mnie też ogromnie martwi wycinka drzew.

      Usuń
  2. Czy taką czarną Maryjkę można u pani zamówić ? Kasia P , proszę podać jakiś adres e-mail bo nie znalazłam a chciałabym o szczegóły zapytać . Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Kasi podaje pani kontakt do mnie graszkagraszkowska@gmail.com

      Usuń