sobota, 5 listopada 2016

Z pamiętnika Bogumiła cz IV


9 październik
To stanie się dzisiaj wieczorem.
Zrobię to po raz pierwszy, od tak dawna.
Nie pamiętam już kiedy ostatnio to robiłem. A przecież taką przyjemność mi to sprawiało, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że rozkosz.

Czeka na mnie gotowa, jeszcze nie tknięta, niewinna, dziewicza.
Czeka aby przyjąć mnie, utulić, objąć, sprawić mi tą tak długo wyczekiwaną radość.
Wczoraj jeszcze nie mogła, nie była w pełni gotowa, ale dzisiaj już tak, nic nie stoi na przeszkodzie.
Wiem jak to się odbędzie. Marzyłem o tym przez ostatnie dwa lata.
Nagrzeje wielki gar wody - piec jeszcze nie działa - doleje trochę zimnej, dodam płynu, sprawdzę (łokciem?) czy aby nie za gorąco. A wcześniej pozapalam świeczki, światła nie będę musiał gasić bo jeszcze nie ma. Zapalę kadzidełka.
Stanę przed nią i opadną ze mnie brudne łachy. Nie będę się wstydził mego czarnego jak święta ziemia ciała.
Zrobię krok i powoli, powolutku, zanurzę się w nią.
Na nocnym niebie rozbłyśnie miliard gwiazd, księżyc zawstydzony schowa się za chmurkę, świat przestanie się obracać.
I złączymy się w jedność.
Ona, moja wanna i ja.
Na wieki wieków...

14 październik 
Elektryfikacja
Wstałem przed piątą. Ciężko wypełznąć spod grubej puchowej kołdry, olejowy piecyk ledwo się wyrabia, piec jeszcze nie uruchomiony, majster kończy szykować kotłownię. Zapalam światło w salonie i kuchni, powtórzę jeszcze raz, zapalam światło w salonie i kuchni, bo jak pisał mistrz Tuwim:
„Sterczy w ścianie taki pstryczek, Mały pstryczek-elektryczek, Jak tym pstryczkiem zrobić pstryk, To się widno robi w mig.”
Nawet nie wiecie ile radości może sprawić taki pstryczek elektryczek!
Wczoraj skończyła się elektryfikacja siedliska. Epoka przedłużaczy i latarek odeszła w zapomnienie. Paweł wraz z Arkiem zamontowali rozdzielnię i nową instalacją popłynął prąd.
Przeganiam zdumione jasnością myszy, zza kuchennych statków spozierają na mnie wrogo, popiskują coś o niejakim królu Popielu, znacie? Już wkrótce czwórkami będziecie szli do mysiego nieba – mówię do nich. Zatrute ziarno pałaszują aż uszy im się trzęsą, a na niedobitki szykuje się desant kotów. Łapki nie zdają egzaminu.
Piję kawę czytając elektroniczny żurnal. Coraz mniej rozumiem z tego co dzieje się w świecie, który porzuciłem. już jestem pewny, iż to świat zwariował, A nie ja. Trochę pracuję. Zimno. Za oknem ciężko wstaje dzień. Pora rozpalić domowe ognisko.
Ubieram gumofilce, narzucam kapotę, zanurzam się w zimną białą mgłę, w której ledwo co widać starą stodołę i oborę. Pod nogami chrzęści zeszklona trawa. Kogut Edward drze dziób z kurnika. Ostry przymrozek, żarty się skończyły, idzie zima.
Karmię kota Nojnejma, który odkąd rozsmakował się w biedronkowym żarciu, z myszami jest za pan brat i nie zamierza ich mordować. Taskam do domu niebieską ikejowską torbę chrustu. Czyszczę kominek, rozpalam ogień. Siedzę przy nim jakiś czas chłonąc ciepło.
Czas płynie leniwie, znaczniej wolniej niż w mieście. Dzisiaj powieszę w salonie stary zegar od Sławka, metronom, który to potwierdzi. Za parę tygodni przywiozę dwa pozostałe, które czekają spakowane w Gdańsku. I będzie tak jak w marzeniu, które jakiś czas temu spisałem:
Czas, jak leniwa rzeka rozcinająca nizinę, wolno przepływał przez dom. Wpływał oknem, rozdwajał się na dwa nurty, omijał dębowy stół z krzesłami, muskał wahadło starego, wiszącego na ścianie zegara i wypływał do sieni. Muśnięte palcami czasu wahadło kiwało się miarowo wydając rytmiczne tik tak tik tak.
Dom miał co najmniej sto, a może i więcej lat. Dawno odeszli ci co go zbudowali, a wraz z nimi odszedł ich czas. I tylko przeglądając stare albumy ze zdjęciami, albo starannie oprawione książki, można było spojrzeć jak przez lunetę astronoma w ten odległy wszechświat, kiedy wszystko miało swoje miejsce i wagę.
Na przykrytym białym obrusem stole leżały talerze i sztućce. Nierozstawione szklanki z grubego rżniętego szkła, które tak przyjemnie trzyma się w dłoni, mimowolnie ważąc ich ciężar, oraz rzucona niedbale serwetka, były dowodem na to, że szykowano posiłek.
Nieśpiesznie, z należnym pietyzmem, wręcz celebrą.
Bo dzień odmierzany był posiłkami. Śniadaniem o ósmej, kawą o dziesiątej, obiadem o czternastej, podwieczorkiem o szesnastej i kolacją o dziewiętnastej. To było jak rytmiczne tik tak. Jeżeli ów porządek został zakłócony znaczyło to, że stało się coś niezwykłego, dobrego, albo, jak to w życiu czasami bywa, złego.
Okna wpuszczały niewiele światła ale to miało swój sens. Latem, gdy na dworze powietrze drżało do upału, w domu panował miły chłód. Przez szeroko otwarte oczy domu przenikał do wnętrza zapach kwitnących lip i kwiatów. Zimą, gdy świat zewnętrzny był czarno biały, stężały od mrozu, lub chłostany deszczem, w domu panowało miłe ciepło, którego źródłem był kominek z trzaskającymi brzozowymi szczapami.
Czas wspólny spędzano na powolnym spożywaniu jadła, rozmowach, graniu w karty, szachy bądź warcaby i czytaniu, przeważnie książek. Nie ryczał żaden telewizor, bo nigdy go w tym domu nie było, i nie będzie. Nie żarzył się żaden ekran komputera czy laptopa. Czasami grało stare, świecące magicznym, zielonym okiem, lampowe radio. Dźwięki płynące z głośnika, przeważnie muzyka poważna, były ciepłe i dojrzałe jak wino.
Gdzieś tam za horyzontem wariował świat, próbując sprzedać jeszcze więcej i więcej, podbić co nie zostało podbite, zniszczyć co nie zniszczone. Poniżyć, zakrzyczeć, przerazić, zszokować. Tam czas rwał się na strzępy, bo czas nie może być, podobnie jak taśma na szpuli magnetofonowej za szybko przewijany. Zachłanni ludzie byli przekonani, że pędząc jak szczury, wycisną z danych im milionów sekund życia więcej, więcej i jeszcze więcej, stając się tym samym szczęśliwszymi. Nic bardziej błędnego.
Dom stał na małym wzgórku. Otoczony był rozległym sadem, złożonym głównie z jabłoni, których powykręcane konary przypominały ręce starych kobiet. Było też parę grusz rodzących co roku małe, lecz za to niezmiernie słodkie owoce, wiekowa śliwa, z której niewiele już było pożytku i dwa orzechy włoskie, z których owoców robiono każdej jesieni aromatyczną nalewkę.
Latem wkoło domu rozpościerało się morze złożone z wiejskich kwiatów, głównie malw, astrów, cynii, dalii, aksamitek, amarantów, barwinków, floksów, irysów, kosaćców, lilii, maciejek, a także i pospolitego łubinu, czy słoneczników. Rosły też roztaczające niesamowity bukiet zapachów jaśminowce, bzy i gorejąca jesienią kalina.
Ogród i sad przechodziły płynnie w ciągnące się aż po horyzont pola. Wiosną, kiedy zboże dopiero co wschodziło przeważała soczysta zieleń. Latem kiedy zboże dojrzało, ciężkie kłosy falowały w promieniach słońca. Złote płótno pola poznaczone było czerwonymi i niebieskimi plamkami. To maki i chabry, których ziarna ukryły się zimą pomiędzy kłosami zboża, wystawiały twarze do słońca.
Z tyłu domu, za starym, pokrytym porostami płotem rozciągało się królestwo lasu. W pierwszym szeregu prężyły się niczym żołnierze na warcie, swojskie brzozy o pniach przypominających upstrzony kleksami biały papier, i drobnych liściach, które szeptały wraz z wiatrem odwieczną melodię natury. Dalej rosły wysmukłe świerki, pokryte chropowatą korą sosny, i modrzewie ze strachu przez zimą zrzucające igły.
Jesienią można było tam szukać maślaków i koźlaków, a jak szczęście dopisało, to i trafiło się gniazdo borowików, które ususzone, dodawano przez całą zimę do zup i bigosów. Las obdarowywał też jagodami i borówkami, z których robiono soki i inne przetwory.

17 październik
W nocy z soboty na niedzielę pękła cieniutka internetowa nitka lte łącząca mnie ze światem zewnętrznym. Może szalejący od paru godzin huraganowy wiatr obalił plejowy maszt, a może ktoś nacisnął czerwony guzik i skończyła się historia człowieka na ziemi, a ja jestem jednym z niedobitków.
W niedzielny poranek wstałem z kogutem Edwardem, ja bo napierał pęcherz, on bo musiał opiać (nie ma takiego słowa?) terytorium. Spać mi się już nie chciało, umyłem ząbki, kawy nie zrobiłem, bo w salonie spał majster z całą swoją familią, po cichutku siadłem więc do komputera. A tu cisza w eterze. Internet wywiało. Nie po raz pierwszy i pewnie nie ostatni.
Poczułem się jak alkoholik na odwyku, narkoman odstawiony od strzykawki. Od dobrych kilkunastu lat rytuał poranny jest taki sam: sprawdzanie poczty, wertowanie wirtualnego żurnala, wizyta na czytanych blogach, no i fejsbuk. Co najmniej godzina. Potem praca, też przez sieć.
Bez internetu ten komputer jest bezużyteczny. Mogę sobie co najwyżej na nim popisać, co niniejszym czynię, czekając na powrót sieci.
Miły Boże! Aleśmy wszyscy się od tej sieci uzależnili! Bo idę o zakład, że wy wszyscy też tak macie. Nie wierzycie? No to odepnijcie sobie na dzień wtyczkę sieciową, albo wyjmijcie modem. I jak? Boli, prawda?
A przecież znam czasy przedinternetowe. Mój pierwszy kontakt z nim datuje się na rok 1993, choć prawdę powiedziawszy już na początku lat 90 korzystałem z niego za pośrednictwem sieci FIDO, wysyłając mejle do rodziców w Kanadzie.
Na początku nie było tak źle, korzystało się z niego sporadycznie, bo nie było googla, ani fejsbuka, ani portali informacyjnych i tysięcy innych serwisów www. Do banku szło się osobiście. Ale kroczek po kroczku uzależnienie rosło. Teraz muszę się do tego przyznać, jestem internetomanem, internetowym narkomanem. I wy też. Nawet teraz, pisząc ten tekst, co chwila sprawdzam czy aby nie powrócił.
Jak spędzaliśmy wolny czas, zanim wpadliśmy w ten nałóg? Oglądając telewizję (jeszcze gorszy nałóg) słuchając radia, czytają książki, rozmawiając z bliskimi, grając w karty i gry planszowe, co jeszcze?

18 październik 
Zimą wstaję wcześnie, trochę przed piątą, może dlatego, że kładę się z kurami, a one, jak zdążyłem już zauważyć dokują się w kurniku tuż po zachodzie słońca, albo wcześniej, o ile jest brzydka pogoda. Za oknem czerń, widać tylko jedno światło w oddali, w sąsiednim gospodarstwie, ponad kilometr w linii prostej.
Parzę mocną sypaną kawę i zasiadam do komputera. Mija godzina i na niebie pojawia się nad horyzontem jasna kreska. Cytując mistrza Parandowskiego: „Zanim pojawi się na niebie wóz słońca, znad brzegów Oceanu wyjeżdża na lekkim rydwanie Eos, różanopalca bogini jutrzenki. Piękne oblicze młodej bogini jaśnieje rumieńcem zorzy porannej, a wśród szarych świtów zakwita jej szata barwy szafranu”
Kiedy wóz słońca zacznie już na dobre swoją wędrówkę po nieboskłonie, idę rozpalić kominek. Najpierw trzeba zabawić się w kopciuszka i go wyczyścić. Nie mylą się ci, którzy twierdzą, że ogrzewanie kominkowe to kotłownia w salonie. Jeśli poprzedniego dnia wypaliło się całe drewno, trzeba przytargać nowe taczką z obory, oraz dwie torby ikejowe rozpałki z szopy.
W salonie o poranku jest około 13 stopni, w sypialni jeszcze mniej, ale pod grubą puchową kołdrą nie czuć tego. Siedzę na stołku (po warmińsku hokerze) przy kominku i grzeję stare kości. Ogień śpiewa żywiąc się trzaskającym drewnem.
Wstaję, wynoszę wiadro z popiołem, wypuszczam na wolność kury, sypię im żarcie, biorę psa na spacer. Dzisiaj jest w miarę ciepło i nie wieje tak jak wczoraj. Idziemy więc na dłuższy spacer, w lewo, w stronę zrujnowanego domu Krzywców.
Przed zakrętem odwracam się i patrzę na siedlisko. Wygląda jak mała wyspa pośród rozfalowanego oceanu pól, pokrytych delikatnym, zielonym zarostem oziminy.
Słońce, jak na zamówienie, znajduje parę dziur w chmur i rozświetla na chwilę pejzaż. Maluj! - zdaje się mówić. Malarzem nie jestem, wyciągam moją komórkową Zorkę pieć i robię nią parę zdjęć.
Jest przepięknie, cicho i spokojnie. Czuje jak opanowuje mnie ten spokój, jak zwalnia czas, po raz kolejny uświadamiam sobie, że dobrze zrobiłem emigrując tutaj, na skraj świata.

22 październik
35 dzień osadnictwa
Czas wnętrza
Na zewnątrz zrobiło się mokro i zimno. Termometr pokazuje dwa stopnie. Nawet nie wieje, ale pada cały czas. Zmokłe kury snują się po podwórku, które zamienia się w sadzawkę, zaś droga przy domu w gliniankę.
W gumofilcach da się jeszcze przejść, ale trzeba uważać aby ich nie wessało, a wraz z nimi ich właściciela. Nieszczęście murowane. Na wiosnę będą bieleć wystające z gliny kości. Nie chce się wyłazić z chałupy, no chyba, że po drewno zmagazynowane w dawnej oborze.
Świat się uwewnętrznił. Wnętrze jest ciepłe, przytulne, pachnące kominkiem, obiadem. Za niecałe trzy godziny skończy się straszliwie już krótki ( a będzie jeszcze bardziej ) dzień, i ciemność litościwie ukryje odpychające zewnętrze.
Siądzie się przy trzaskającym wesoło ogniu, sącząc wino albo zacną nalewkę od Pawła. Na ścianie w jadalni tykać będzie świerszcz, stary zegar. Pies zalegnie na kanapie, odwracając odwłok w stronę ognia. Dobra książka, rozmowa, a może i wspólne milczenie, wpatrywanie się w ognistych derwiszy, wirujących po drewnie, które kończy żywot.
Zielony Smok Wawelski na razie śpi w kotłowni. Nie ma komu go podłączyć. Kolejny fachowiec zwodzi. Powtarza się historia jaka miała miejsce z tynkarzami. Tkwimy więc na hydraulicznej rafie, a ciepły brzeg tak bliski. Wytrzymać.
26 październik
Słońce dzisiaj szaleje, tak jakby chciało wynagrodzić za ostatnie szare dni, albo pobrykać jeszcze przed nocą polarną, która nadciąga wielkimi krokami.
Wracałem z Bartoszyc, wioząc ponad 200kg pelletu, moje stareńkie volvo, ze sportowym od niedawna wydechem, postękiwało na nierównościach. Wyjechaliśmy na prostą za Wojciechami (taka wioska) no i nie mogłem się oprzeć, chwyciłem za moja komórkową zorkę pięć i zrobiłem parę zdjęć.
Przez okno wyszły marnie, a ponieważ droga była pusta po horyzont, to stanąłem na środku i pofociłem przez szyberdach. 

30 październik
Jak w kogucie Edwardzie przestawia się czas letni na zimowy? Czy wystarczy wyjąć na godzinę baterie?

Z pamiętnika polarnika, niedoszłego posiadacza ogrzewania podłogowego, dzień pierwszy.
Ciepła woda w kranie nie oznacza ciepła w domu. Zielony potwór w kotłowni połyka worek za workiem pelletu, a tymczasem w domu zimno jak w psiarni. Wydzwaniam do instalatorów, a oni twierdzą, że wszystko jest ok, i tak ma być, i będzie pan zadowolony. ydzwaniam do majstra, a on twierdzi, że wszystko jest ok, i tak ma być, i będzie pan zadowolony.
Ciepło jest tylko w kotłowni, przy piecu. Trochę tam miejsca mało aby przenieść łóżka, kanapę i fotele, ale może jakby mi się udało zbudować zmniejszacz atomowy i zmniejszyłbym nas o jeden rząd wielkości, wraz z meblami, ciuchami i innymi rzeczami, to dało by się zrobić z kotłowni kingsajzową szuflandię. Tylko jak ja bym wtedy wsypywał te 20 kg worki do pieca? Ważyłyby wtedy po tonie albo więcej.
Ciepło mi się też robi, a raczej gorąco, jak patrzę na fakturę jaką mam za tą instalację zapłacić. Co tam gorąco! Pot mi spływa po plecach, dzwonią zęby, a mój umiłowany bank co chwila wydzwania do mnie z pytaniem czy aby nie potrzebuje kredyciku. No podpisz kochanieńki o tutaj, nie czytaj, po co czytać, długie takie i małym druczkiem, wystarczą trzy krzyżyki...
Przylepiłem termometr do podłogi i bacznie obserwuję temperaturę, a ona ani drgnie. Za żadne skarby nie chce przeskoczyć 20 stopni. Na dworze koło 4, w salonie 15,9. Zastanawiam się co to będzie jak na zewnątrz zrobi się prawdziwa zima i strzeli -25.
Rozbiję namiot w salonie, wstawię kozę – drewno niestety się kończy - zgromadzę reszki jedzenia, które uda się uratować przed myszami ( czy myszy są jadalne?) i będę jak Robert Falcon Scott, prowadził pamiętnik, w którym do ostatniego dnia będę notować przeżycia i przemyślenia.

1 listopada
Syców, poniedziałek, 1 Listopada 1948 roku
Dom spał jeszcze, lecz nie Helena. Od kilku minut leżała z otwartymi oczami, zbierając się aby wstać. W pokoju panował poranny chłód. Jedno szybowe okna pokrywały lodowe kwiaty. Obok niej, w metalowym łóżku, spała niespokojnie Krystynka. Widocznie coś się jej śniło.
Helena spojrzała na twarz córki. – Kobietą stajesz się moje dziecko – pomyślała z czułością. Chciała pogłaskać ją po policzku, ale powstrzymała się obawiając się, że ją obudzi, Zbyszek spał w swym poniemieckim dziecięcym łóżeczku. Mąż Mietek chrapał ze swojej przykrótkiej leżanki, do której jak zawsze przysuwał na noc fotel.
Helena próbowała przypomnieć sobie sen jaki miała tuż przed obudzeniem. To chyba było coś z dzieciństwa. Biegła po łące za starszymi siostrami Ludwiką i Marią, w stronę koloni niemieckiej, nie mogąc ich dogonić, stanęła i zaczęła płakać. – Połowce, Boże drogi jak to daleko, i jak dawno temu – pomyślała. – Sny są jak woda, próbujesz ją zatrzymać, a ona i tak przecieka między palcami.
Tykający na stoliku budzik wskazywał za trzy siódmą. Wyłączyła go, i ostrożnie wstała. Powoli uchyliła drzwi do kuchni. Nie chciała aby skrzypiąc zbudziły pozostałych. – Niech pośpią jeszcze, jeszcze czas – spojrzała czule na uśpioną rodzinę.
Zimą wszyscy spali w małym pokoju. Nie było węgla aby ogrzać duży pokój z fortepianem. Zresztą i tak tamten piec był całkowicie wypalony. Na jego naprawę na razie brakowało pieniędzy.
W kuchni było więcej niż zimno. Otuliła się mocniej starym wełnianym szlafrokiem. Przez niewielkie okienka z trudem sączyło się światło wstającego dnia. Zapaliła światło. Żarówka w kloszu z bursztynowego szkła z trudem rozświetliła małą kuchnię. Wzięła duży czajnik z drewnianą rączką, okręciła kurek nad zlewem koło drzwi, nalała wody. Zapałka nie chciała się zapalić, wzięła drugą, i w końcu udało się jej zapalić gaz. Czajnik zaśpiewał swą poranną piosenkę.
Spojrzała na poniemiecką kuchnię kaflową w metalowych ramach. – Szkoda, że nie można w niej napalić – pomyślała. Kuchnia wyglądała ładnie, miała piekarnik i inne udogodnienia, ale niestety jej wnętrze było wypalone. Ostatnia próba rozpalenia skończyła się otwieraniem na całą szerokość małych okienek. Nie sposób jej było wynieść, była za ciężka, więc służyła za mebel.
Przysiadła na pomalowanym na biało, kwadratowym stołku. Spojrzała na to swoje małe biedne królestwo. Westchnęła. Objęła się rękami. Na ścianach i ukośnym suficie wisiały ciężkie krople skroplonej pary wodnej. Gdy zrobi się zimniej, utworzą nie rozmarzającą aż do wiosny, grubą na dwa centymetry szronową powłokę.
– Znowu trzeba będzie drapać to całe tałatajstwo – westchnęła Helena. – Potem malować. Spadnie to na mnie bo Mietek ma dwie lewe ręce do takiej roboty, a Zbysio jeszcze za mały, żeby mi pomóc.
– Nie narzekać, nie takie rzeczy żeśmy znieśli. Żyjemy, mamy gdzie mieszkać, Mietek ma pracę, głodni nie jesteśmy, jest dobrze – uśmiechnęła się do siebie. – A i miasteczko ładne, zadbane, niezniszczone przez wojnę. Helena czuła się jeszcze młoda, pełna siły, ochoty do walki z przeciwnościami losu. Wczoraj skończyła 44 lata.
Miasteczko nazywało się kiedyś Groß Wartenberg, teraz Syców. Podobało się jej tu bardziej niż w Miliczu, gdzie mieszkali przeszło rok. Daleko, już nie w Polsce, pozostały Kopyczyńce, Połowce, Czortków.
– Zakorzenimy się tutaj – pomyślała zdejmując z gazu czajnik. Nie wierzyła, że Anglicy z Amerykanami przyjdą i wyzwolą Polskę. – Może za sto, dwieście lat komuna upadnie, tymczasem my musimy tutaj żyć. Dzisiaj pójdziemy na groby i postawimy świeczki na tych opuszczonych, nie ważne, że może niemieckich. Może ktoś tam, na wschodzie zrobi to samo na grobie Mamy i Taty? A kiedyś i i my spoczniemy na tym Sycowskim cmentarzu – oczy Heleny zaszkliły się, a po kuchni rozszedł się zapach kawy.
– Pora budzić Mietka i dzieci.
---
Ten tekst to taka moja wirtualna świeczka na grobie moich dziadków, Heleny i Mieczysława, którzy spoczywają w Sycowie. Spisane parę lat temu, 1 Listopada 2011 roku

Emilia
Milkowszczyzna, wtorek, 2 listopada 1909 roku
Początek listopada był niesamowicie ciepły. Zwykle o tej porze śnieg zalegał już dawno pola. Zimne wschodnie wiatry strząsały ostatnie liście z drzew. Tymczasem za rodzinną wsią starej pisarki, las złocił się w słońcu, tak jakby to był początek października, a nie listopad. Tylko wiszące nisko nad horyzontem słońce zdradzało, iż niechybnie nadchodzi czas ciemności i zimna. Promienie słoneczne rzeźbiły bruzdy zaoranej ziemi, barwiąc je na kolor brązowy.
Stara pisarka z trudem stawiała kroki na piaskowym gościńcu prowadzącym przez środek ulicówki. W tym jesiennym słońcu wieś wyglądała pięknie i zamożnie. Zbudowane z grubych bali domy stały równym rzędem wzdłuż drogi. Okna były obrzeżone pomalowanymi na biało, czasem niebiesko, okiennicami. Dachy kryte słomą, która od strony północnej nabrała zielonkawej patyny. Szczekały psy zaniepokojone wtargnięciem intruza, z oddali słychać było turkot pociągu z Lidy do Mołodeczna.
Kobieta czuła, że nieuchronnie nadchodzi kres jej dni. Bóle serca wzmagały się, nie pomagały przepisywane przez doktora Lewandowskiego leki. – Za dużo pracuje, skończę tylko jeszcze tą „Glorię Victis”, i odpocznę. – myślała – Potrzebuje tego bardzo.
Przed jednym z domów stała dwójka dzieci, mała dziewczynka i niewiele starszy chłopczyk. Dzieci ubrane były ubogo ale schludnie. Obydwoje mieli bardzo jasne włosy, przypominające słomę poustawianą w snopki na pobliskich polach.
– Dzień dobry proszę Pani – wyrecytowały zgodnie.
– Dzień dobry dzieci – stara pisarka uśmiechnęła się do nich. – Jaki piękny dzień, nieprawdaż?
– Tak, proszę Pani. – potwierdził chłopczyk. Dziewczynka wpatrzona była w starą pisarkę dużymi oczami.
– Jak się nazywasz dziecko? – spytała pisarka.
– Emilka, proszę Pani – wyszeptała wyraźne zawstydzona.
– A ile masz lat?
– Trzy – dziecko jednocześnie pokazało trzy paluszki.
– To z ciebie już duża dziewczynka – uśmiechnęła się stara pisarka – a czytać już może umiesz?
– Nie proszę Pani, ale mój brat już zna literki i obiecał mnie nauczyć.
– A brat jak ma na imię?
– Żwirko Florek – odpowiedział szybko za siostrę chłopiec.
– Pani skąd jest? – Emilka nabrała wyraźnie odwagi.
– Z Grodna przyjechałam na grób Ojca, dzisiaj dzień zaduszny. Tu się urodziłam Emilko.
– A co Pani robi? – pytała dalej dziewczynka.
– Książki piszę, pisarką jestem.
Nagle stara pisarka zgięła się w pół, opierając mocno na lasce. Po jej twarzy przebiegł bolesny grymas.
– Pani jest chora? – spytała zaniepokojona Emilka
– To nic dziecko, to tylko serce – odpowiedziała po chwili. – To przejdzie.
– Ładną cerkiew wam tu wybudowali – powiedziała po chwili.
– To prawosławna Proszę Pani, my chodzimy do Wiszniewa, my katoliki – odpowiedział Florek
Stara pisarka położyła rękę na głowie dziewczynki.
– Nie wiem jakie będziesz miała życie Emilko, oby ominęły cię wszelkie nieszczęścia, Pamiętaj, dziecko najważniejsza w życiu jest to kim się jest, co się umie, a nie co ma. Tylko ciężka praca sprawia, iż człowiek czuje się szczęśliwy.
– Tak, proszę Pani – dziewczyna spojrzała niebieskimi jak niebo oczami na starą pisarkę.
– Ucz się jeżeli będziesz mogła, a gdy będziesz kiedyś miała dzieci, spraw wszystko aby mogły się kształcić. Do widzenia dzieci. – Stara 
pisarka uśmiechnęła się, chwyciła mocniej laskę i ruszyła w stronę leżącego za wsią cmentarza.
Emilka długo patrzyła za odchodzącą starą pisarką. Nie wiele jeszcze rozumiała z tego świata, ale słowa starej kobiety zapadły jej bardzo głęboko w pamięć, i kierowała się nimi przez całe swoje długie życie.
—-
To moja druga wirtualna świeczka, napisana parę lat temu, w 2011 roku.

2 listopada
Z pamiętnika polarnika, doszłego posiadacza ogrzewania podłogowego, dzień drugi i ostatni.
Pogoda zrobiła się koszmarna. Leje jak z cebra i wieje. W domu zaś jest... gorąco. Powtórzę to: zrobiło się gorąco, tropikalnie gorąco, nieprzyzwoicie gorąco, nie idzie wytrzymać. Podłoga parzy w stopy, przepala skarpetki.
Jeszcze rano była lodowata, ale w ciągu paru godzin od wizyty panów hydraulików osiągnęła nie wyobrażalną temperaturę 303 stopni hmm... Kelwina ( nie mylić z Kevinem, tym co to w każde święta sam w domu)
Przeliczając to na stopnie Celsjusza to będzie 30, słownie trzydzieści. TRZYDZIEŚCI!!! Hip hip hurra!!! oklaski!! Oklaski!!
No dobra nie ma róży bez kolców, nie ma ciepła bez kasiorki. Zielony smok pożera w przyśpieszonym tempie nafaszerowane pelletem woreczki. W tym tempie to za tydzień, góra dwa zbankrutuje.
Pali tyle bo a. musi rozgrzać wyziębiony dom, b. nie ma podłączonej automatyki i działa w trybie ręcznym, c. bo jest młody, wyposzczony i takie tam.
Zwinąłem więc obóz polarny. Łażę w samych gaciach i polewam się wodą, nie przyzwyczajony jestem w końcu do takich tropików. Na noc go chyba wyłączę, bo gotów jak zeżre cały bak, rzucić się na belki stropowe i więźbę.
Jak mnie nie pożre to cdn.

3 listopada
Złotooka czarnulka
Skołował ją Nonejm. Miał już kiedyś taką czarnulkę tylko, że z białym krawacikiem. Ta jest cała czarna jak noc. Pośród czerni goreją wielkie złote oczy, patrzące z wyrzutem na świat, który zgotował jej ten los.
Sama skóra i kości. Od dawna musiała głodować. Nic dziwnego, że poszła za Nojnejem, który opowiedział jej o starym domu pod bocianem, gdzie miska zawsze pełna.
Nojnem zadekował ją w piwnicy. Pewnie w nocy spali przytuleni do siebie, grzejąc się nawzajem. Rano, głodna nie wytrzymała, wyszła z ukrycia żałośnie miaucząc, odepchnęła od miski Nojnejma, łapczywie połykała biedronkową puszkę, szczęśliwa do bólu.
Wziąłem na ręce. Nie protestowała. Zaniosłem do domu, usiadłem w fotelu koło kominka, przylgnęła do piersi mej rozległej cicho mrucząc. I siedziałem tak z nią, bojąc się ruszyć a ona drzemała. Ogień trzaskał w kominku.
I co teraz?
Wyrzucić z powrotem na zimno i poniewierkę?
Dać siekierą w łeb, do wora i do jeziora?
Nadać imię i ukochać?
Trzy koty czekają na przywiezienie z Gdańska, jeden (Nojnem) hasa po podwórku, ona będzie piąta. Koniec świata. - I co my teraz zrobimy z tyloma kotami – pytam jak mój ukochany pisarz, Hrabal.



4 listopad
O świecie monochromatycznym i ukorzenianiu się
Tekst dłuższy, refleksyjny, napisany po telefonie kumpla z Gdańska, który pytał jak mi tam. A także po wczorajszej, sympatycznej konwersacji na FB z panem Jacek Kostka, burmistrzem Górowa Iławeckiego.
---
Świat zewnętrzny, pod osłoną nocy stał się dwubarwny, monochromatyczny, rozpięty między czernią a bielą. Oj ciężko mi było wypełznąć spod grubej puchowej pierzyny. Wstałem dopiero o siódmej, zaspałem można rzec, bo zwykle grubo przed szóstą jestem na nogach.
Ale przecież nigdzie nie muszę się śpieszyć. Nie wdziewam korpogajerka, nie czołgam się przez zakorkowane miasto do fabryki aby podbić zegar. Sam sobie jestem sterem, żeglarzem, okrętem.
Kawę robotniczą zaparzyłem, obchód wirtualnego haziajstwa zrobiłem, zadumałem nad gorejącą z coraz większą mocą wojną polsko-polską. - Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna – zacytowałem w myślach mistrza Stanisława.
Wdziałem gumofilce i starą kapotę, wypuściłem i nakarmiłem kury, co to się za cholerę nie niosą, sypnąłem kotu sproszkowanych myszy. Poszedłem z psem na poranny spacer, tym razem w stronę zrujnowanego siedliska Krzywców.
Pan z elektrowni, który ostatnio zmieniał mi licznik, powiedział, że ich dom był przepiękny, piękniejszy nawet niż nasz. Jeszcze dziesięć lat temu stał, ale szybko popadał w ruinę. Dzisiaj pozostały tylko resztki zarośniętych chaszczami murów, szczerzących się oczodołami okien. Obok zwalisko desek, dawna stodoła. Pomyśleć, że jeszcze dwadzieścia lat temu żyli tu ludzie.
W okolicy jest wiele zrujnowanych siedlisk. Starzy ludzie odchodzą, młodzi nie chcą tu mieszkać, ciągnie ich za pracą do miasta. Jedyna nadzieja w takich jak ja uchodźcach z wielkich miast, spragnionych ciszy i spokoju, życia normalnego i powolnego, na skraju świata, z dala od oszalałego świata.
Taka właśnie jest staropruska Natangia, ziemia Herkusa Monte, pruskiego Bravehearta, pierwowzoru Mickiewiczowskiego Konrada Wallenroda.
To nie jest Warmia, bo ta kończy się trochę za Lidzbarkiem Warmińskim, ani tym bardziej Mazury. Kraina magiczna. Dawne Prusy Wschodnie.
Wsiąkam w tą ziemię. Ukorzeniam się. To jest moje miejsce na ziemi. Moja przystań. Moja ostoja. Tego szukałem. 

6 komentarzy:

  1. Szanowny Panie
    Piękne to wszystko przeczytałam jednym tchem . Kasia

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawie, ale byłoby jeszcze dużo ciekawiej jakby Twoja notatka pojawiała się codziennie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ohydny morderca niewinnych myszek! A Graszka pozwoliła?

    OdpowiedzUsuń
  4. Bogumile, jesli tego Twojego i Graszki pisania nie zbierzecie i nie wydacie, to sie chyba kiedys pofatyguje osobiscie i pogryze. A ze daleka droga, wscieklica gwarantowana :P.
    Czarna pieknosc przytulic (i wykastrowac), a do myszy sie przyzwyczaic i nie truc, bo jeszcze sie jakis kot tez podtruje. Pozdrawiam i czekam na c.d. (Leciwa)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Racja, myszy nie truć, są u siebie. A jak kot lub inne zwierze zje zatrutą to umrze w męczarniach. Na myszki jest sporo naturalnych sposobów i łapek z których można je wypuścić na wolność. Już zgodnie z naturą jak koty je zjedzą byle nie zatrute. Polecam. Adrianna

      Usuń
  5. Pięknie piszesz, Bogumile. Własnie przeczytałam Twoje opowieści na głos Cezaremu. Zadumaliśmy się. Tyle podobieństw w opisach codzienności. Tyle nostalgii i magicznego uroku w opisach dawnych czasów.A pierwszy wpis - o wannie czytałam z usmiechem, wiedząc o czym to będzie, ale podziwiając zamysł twórczy. Wanny nie mamy, a wiec z przyjemnościa przypomniałam sobie dzięki Twojemu opisowi jak to jest rozmansować z tą czułą panią!:-)

    OdpowiedzUsuń