środa, 5 października 2016

Z pamiętnika Bogumiła cz III

79 dzień koczownictwa
15 września
Alleluja i do przodu!
Dziergany, z opuszczoną głową, pobrzękując kajdanami, ciągnąc za sobą wielką, żelazną kulę, karnie pomaszerował do skrzywdzonego starego domu. - Naprawi co zepsuł, już ja zgotuję mu pokutę – powiedział majster, i aby podkreślić wagę słów, efektownie strzelił dzierżonym w prawej ręce skórzanym biczem.
Cały dzień stukali, chlapali, drapali, szlifowali. Kąty stawały się proste, chropowate, pomarszczone i poryte, wygładzało się. Dziergany smutną miał twarz, widać dąsał się jeszcze, momentami wychodziła z niego dawna buta, ale majster temperował go, nie musząc nawet używać bicza. Do dzierganego zaczynało docierać, iż wiele się jeszcze może nauczyć od mistrza.
- No, i co? Nie da się? Jak się chce to wszystko się da! - powiedział dzisiaj majster chwaląc poprawioną przez czeladnika kuchenną ścianę. Dziergany po raz pierwszy od dwóch uśmiechnął się, i był to, za prawdę powiadam wam, uśmiech szczery i szczęśliwy.
Odetchnąłem i ja, bo w moim skołatanym sercu zaświtała po raz pierwszy nadzieja, iż już za momencik, już za chwileczkę, opuszczę mą koczowniczą jurtę i spędzę pierwszą noc pod dachem. Na co notabene najwyższa już pora, bo członki mi dzisiejszego rana nieźle podmarzły.
Tymczasem drogą od Olsztyna nadciąga desant warszawski. Poważna sprawa. Idę się ogarnąć, bo mijają już pewnie Lidzbark. Oj będzie się działo.

1 dzień osadnictwa
18 września
Koniec koczownictwa
Trwało ono bagatela 81 dni. 28 czerwca roku pamiętnego rozbiłem na górce koło domu namiot, który odtąd miał być naszym domem, maksymalnie końca sierpnia. Z powodu niesolidnych tynkarzy koczownictwo przedłużyło się o 17 dni, ale to podobno żadna obsuwa w branży budowlanej.
Przez pierwsze dni panowały upały, miejsce na górce, gdzie zawsze wiał delikatny zefirek, było idealne. Z zimnym piwkiem, polegiwałem w wielkiej gumowej wannie, kontemplując z góry hacjendę. Urlop, wreszcie wymarzony od lat urlop. Było pięknie.
Niestety wraz z nadejściem lipca sielanka się skończyła, nastały monsunowe deszcze, zimnica straszliwa, huraganowe wiatry. Namiot i chiński baldachim przymocowałem do podłoża setką want, rzuciłem dwie kotwice, a w najgorszych momentach, idąc halsem, gdy żagiel kładł się na wodę, znaczy wściekły huragan rozgniatał namiot, uczepiony rurek, wrzeszczałem w stronę niebios, że nie pokonasz mnie Neptunie!
Niestety pokonał. Zlał kilometrami sześciennymi wody, przy okazji zalewając doszczętnie Gdańsk, i pokonał. Załoga się zbuntowała, zrąbała maszty i chcąc nie chcąc musiałem cofnąć się na z góry upatrzone pozycje, czyli do zacisznej starej stodoły. I to była słuszna decyzja, bo patrząc teraz z perspektywy czasu, nie dałoby się koczować na tym Mount Evereście.
Wczoraj majster Adam skończył rychtować sypialnię. Pozostało jeszcze co prawdę parę spraw do dokończenia, ale to drobny retusz. Na podłodze jeszcze nic nie ma, ściany będzie można pomalować za miesiąc, dwa, jak obeschną tynki, nie działa ogrzewanie. Z palet i ze styropianu zrobiliśmy łóżka.
Zaiste dziwnie mi się spało w tą pierwszą noc. Czułem się jakbym leżał na katafalku, tak wysoko. Sufit też strasznie wysoko nad głową, ściany daleko. O matko i córko! Czyżbym przez te miesiące koczownictwa nabawił się agorafobii? Po drugie ta cisza. Stara stodoła tętniła w nocy życiem. Harcowały myszy i inne nie zidentyfikowane stwory (pokemony?) Nie ryczały krowy, o świcie nie odezwał się kogut Edward.
To dopiero mały przyczółek, ale nie damy się już stąd wyrzucić, no chyba, że przylezie komornik, tfu tfu! Nie ma łazienki, duży pokój nie do tynkowany, nie istnieje kuchnia, nie ma pieca, ale kroczek po kroczku odbuduje się to życie, poskłada z klocków, powróci normalność.

3 dzień osadnictwa
20 września
Powoli przyzwyczajam się do spania w łóżku. No może normalne łóżko to do końca nie jest, konstrukcja z dwóch palet, czterech styropianów i materaca, ale można na nim normalnie usiąść. Zaprawdę dziwne to uczucie i ciągle cieszę się jak dziecko, siedząc na krawędzi i majtając odnóżami.
Wadą jest tylko to, że przy każdym ruchu skrzypi i trzeszczy niemiłosiernie. Ważne, że sufit na głową wysoko, wokół normalne cztery ściany, dwa okna. Wieczorami jest ciepło i przytulnie, olejowy piecyk daje radę ogrzać pierwszą zamieszkaną izbę.
Przedwczoraj (w niedzielę) majster przywiózł rano dzierganego z pomocnikiem. Mieli poprawić to co spartolili poprzednio. Postanowiłem nie denerwować się i nie zaglądać do nich. Byłem tylko raz i spytałem czy dadzą radę skończyć, i czy posprzątają po sobie.
- Oczywiście, będzie cacy, bo my tynkarze nie byle jacy – zawołali unisono.
Helios kąpał swoje konie w Okeanosie, a oni nadal poprawiali, poprawiali i poprawiali, w gęstniejącym z każdą sekundą mroku nocy wrześniowej. - Chyba noktowizory założyli – pomyślałem.
Tuż przed 22 zrobiło się podejrzanie cicho. Przełamałem się i wypełzłem spod milutkiej, ciepłej puchowej kołdry. Zaglądam do salonu, a tu ani słychu ani widu kwiatu tynkarstwa polskiego. Zapalam latarkę i …
- ** ** **** *** ***** *****!?!! - klnę więcej niż szpetnie, co niestety musiałem wypipkać, bom człek kulturalny (jeszcze)
Replay sprzed tygodnia. Na podłodze bardak taki, że bez rakiet śnieżnych a raczej cementowych nie próbuj wchodzić, ściany pomazane gliną, bo tynkiem tego nazwać nie można. Pędzę do przyczepy, może poszli spać, nie ma nikogo. Staję na podwórku, z oddali wiatr niesie coś jakby ich głosy, ale przecież po nocy nie będę za nimi gonił z widłami.
Wczoraj pod wieczór przybywa majster z silną ekipą. Sypią się obficie urwy i uje. Do drugiej w nocy, w świetle halogenów, poprawiają po dzierganym i jego pomocniku. Zaczyna to jako tako wyglądać. Mija dwudziesty dzień mojej tynkarskiej epopei.

25 września
Dzisiaj uczyniłem kolejny krok w kierunku powrotu do cywilizacji – przeniosłem moje biuro z kampera żółwika do sypialni. Docelowo zamierzam urządzić sobie pracownię na poddaszu, ale to na razie odległa perspektywa.
Osiemdziesiąt osiem dni służył mi wierny żółwik za mobilne biuro na kółkach. Przez pierwsze tygodnie na górce, chłostany lipcowymi monsunowymi deszczami, a potem koło kurnika. Obrósł chwastami niczym uwięziony na morzu sargasowym statek wodorostami. Od północnej pokryły go mchy i porosty.
Pewnie już myśli, że przyjdzie mu tu dokończyć żywota, między kurnikiem a starą stodołą. Nie bój się biedaku, za parę dni odpalę cię, i znów ruszymy w trasę.
Na szczęście to był czas kanikuły (mało pracy) bo gdy po porze deszczowej nastały wrześniowe upały, trudno było wytrwać w środku, gdy temperatura zaczynała przekraczać 30 stopni.
Dały mi się też we znaki kury. Próbowały wskakiwać mi do środka, a gdy je przepędzałem, złośliwie – bo inaczej tego nie mogę określić – odwracały się w moją stronę kuprami i oddawały armatni strzał czymś co na perfumę nie wyglądało. Usilnie też starały się zaminować teren bitewny, tak aby poległ w guanie.
A teraz fruwa koło mnie miliard komarów. Nie wiem czy dożyje rana.

27 września
Drogie kury!
Niniejszym publicznie was przepraszam za moje krzywdzące słowa (między innymi wyzywanie od nierobów) i niewybredne gesty (np. rzucanie gumiakami) Tymczasem wy, znosząc pokornie karygodne zachowanie nadkoguta, czyli mnie, produkowałyście w cichości te oto dorodne i zdrowe jaja.
Przepraszam!

13 dzień osadnictwa
30 wrzesień
Kończy się wrzesień. Minęło prawie pół roku od kupna siedliska. Sam nie wiem kiedy ten czas zleciał. Jutro miną dwa tygodnie odkąd mieszkamy w domu. Jest na razie bardzo spartańsko, kuchnia nadal w szopie, ale nie od razu Kraków, a właściwie siedlisko wyremontowano.
Mimo pewnych napięć w zeszłym tygodniu, pomiędzy mną a majstrem, to i tak muszę przyznać, że praca idzie bardzo sprawnie, zwłaszcza od paru dni.
Są już dwa kominy! Wczoraj uruchomiliśmy tymczasowo ustawiony kominek (docelowo zostanie obudowany kaflami ze starego pieca) i po salonie rozeszło się miłe ciepło.
Siedzieliśmy całą ekipą na kanapie i styropianach, i patrzyliśmy w ogień. Trzaskało i buzowało aż miło! W świetle ledowych halogenów wirowały miliardy komarów, w sufit waliły łbami rozbudzone motyle i muchy, a my nuciliśmy harcerskie ogniskowe pieśni.
Z tymi komarami to jest coś dziwnego. Są ich miliardy. Roją się prawdopodobnie w piwnicy i przez najdrobniejsze szpary wciskają się wszędzie. Powietrze aż huczy. Na nasze szczęście to jakaś wybrakowana partia.
Niby mają wszystko na swoim miejscu, skrzydełka, łapy i ten szpikulec do katowania ciepłokrwistych, ale nie gryzą. Gdyby gryzły to z piszącego te słowa zostały by tylko nagie białe kości już po pierwszej nocy.
Tym niemniej nie jest to miłe uczucie gdy człowiek, zakopany po uszy w kołdrę stara się zasnąć a w nocnej ciszy, gdzieś koło ucha odzywa się cichutkie, nieśmiałe wampirze bzzzzzz.....
Choć dochodzę do wniosku, że to są takie komarze dzieciaki, ćwiczą latanie i lada moment jak podrosną rzucą się bezlitośnie do pałaszowania żywcem nas, naczelnych.....
…. Auuu dziabnął mnie, widziałeś? Dziabnął mnie świnia! Auuu następny! Auuu! Mamusiu! Ratunku!!!!!

14 dzień koczownictwa
1 październik
Kres cierpień bliski
To już niedługo. Jeszcze dzień, może dwa, góra trzy. Stoi tam, w nowej łazience, a dawnej kuchni, na tych swoich rachitycznych nóżkach, gotowa do podłączenia.
Martwię się czy aby te nóżki nie za cieniutkie, bo facet ze mnie słusznej postury (nawet za bardzo) a do tego ze 150 litrów wody. Majster uspokaja, że podłoży się pod nią twardy styropian, podmuruje wkoło, będzie ok, uspokaja, ma atest.
Wody ciepłej w kranie nie będzie, wina Tuska ;-) póki się nie podłączy pieca. Ale co tam, nagrzeje się wielki gar w szopie i taczką dotarga. Oj zanurzę się w nią aż po czubek głowy i będę leżał i leżał i leżał i leżał, aż między palcami wyrosną mi błony pławne, a płuca przemienią się w skrzela.
A bo to prawie dwa lata jak nie brałem kąpieli waniennej. Najpierw nawaliła kanaliza, i trzeba było znacznie ograniczyć zużycie wody. Potem, w nowym wynajmowanym mieszkaniu była co prawda wanna, ale dla krasnoludków.
Kiedyś w przypływie rozpaczy wcisnąłem się w nią, skończyło się na wizycie strażaków z nożycami do cięcia blachy. Od paru miesięcy zmuszony jestem do mycia się w misce, więc lepiej nie podchodzić do mnie od zawietrznej.
Tak, brakuje mi wanny straszliwie. Ileż to miałem genialnych pomysłów pluskając i bawiąc gumową kaczuszką i stateczkami he he. Ileż to razy wyskakiwałem krzycząc Eureka i biegłem nagusieńki do komputera aby szybko zapisać rozwiązanie problemu, który mnie toczył.
Na koniec, niczym Wenus wynurzę się z morskiej piany ( pamiętać aby kupić płyn do kąpieli! ) Zstąpię z wrodzoną mi gracją na rozpostarty dywanik, ciało blade - żegnaj lato! - obetrę czyściutkim ręczniczkiem, piżamkę w słoniki wzuję, i poczuję się jak syn Zeusa i Leto, pięknolicy Apollo.
Wow!

17 dzień osadnictwa, a może jednak 97 koczownictwa?
Rano poszedłem na spacer z psem. Światło jest ostre, boczne, kontrastowe, rzeźbiące, jesienne. Przystanąłem pod wielką starą lipą, która rośnie przy wjeździe na siedlisko. Obsypała mnie złotymi liśćmi. Wyrzeźbiłem mój cień na polnej drodze, macham do was, widzicie?
Gdyby pójść w lewo  , to parę set metrów dalej jest dawne siedlisko Krzywców. Zostały z niego tylko resztki ścian, i pozbawione szyb okna, a podobno był kiedyś przepiękny dom. Starsza Pani opowiadała, że ona, Krzywcowa, strasznie kochała swego męża, ale on był niezły hulaka, mając ją za nic, ale to temat na dłuższą opowieść.
Poszedłem w prawo w stronę drogi na Paprocin. Tędy jeżdżę do Górowa, a nie przez Dwórzno, bo droga znacznie lepsza i krótsza. Pola zbrązowiały. Zmęczona połogiem ziemia odpoczywa.
Przydrożne drzewa uginały się od zimnego północnego wiatru, który strząsał z nich liście. Po Andrzejowym polu snuły się smętnie krowy. Gdzieś w oddali jazgotał pies. Zimno, coraz zimniej.
Tydzień budowalny zaczyna się jak zwykle w środę. Wczoraj i dzisiaj przestój. Trzy kroki do przodu, dwa do tyłu. Na szczęście nie mieszkam już w namiocie, ale łazienki i kuchni nadal nie ma. Kominy niedokończone, piec co wstawiony do kotłowni, ale nie podłączony. Wściekać się czy przyjmować to ze stoickim spokojem?

19 komentarzy:

  1. Oj, nie wiem...ja się wsciekam , czytając, ale moze lepiej stoikom na świecie???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. do tej pory sądziłam, że Bogumił jest takim stoikiem, teraz zmieniłam zdanie. Wczoraj chodził jak bomba zegarowa. Teraz jego niepokój przeszedł na mnie. Zaraźliwe jest paskudztwo :-)

      Usuń
  2. Ze stoickim. Mrozu jeszcze nie widać, a to już coś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w sklepie budowlanym chłopaki żartują, że tu zima przychodzi szybciej.
      Pogoda nie jest naszym sprzymierzeńcem, widocznie za dużo nagrzeszyłam :-)
      Lato- jak nie lało to żar z nieba, teraz wieje tak, że strach wyjść na dwór. Zalegliśmy z Kudełkiem na łóżku :-)

      Usuń
  3. tylko spokój...niestety, nerwy nic nie dadzą i absolutnie się nie przejmować, pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jest nadzieja na lepsze jutro.
      Dzisiaj Adam z Bogumiłem będą budowali kuchnię

      Usuń
  4. Nie no, juz widac koniec prac brudno-gruzowo-budowlanych, potem nadejdzie powolne dopieszczanie. Po pierwszej kapieli w pieszczocie pian bedzie juz bardzo z gorki, moze nawet trza bedzie hamulce wlaczyc? :)))

    OdpowiedzUsuń
  5. Kiedyś się będzie fajnie czytało te wspomnienia :)

    Buziaki dla Kudełka :-****

    OdpowiedzUsuń
  6. Spokój, spokój i jeszcze raz: spokój. Nerwy prowadzą do niepotrzebnych wydatków na lekarzy... A przecież już bywa pięknie!

    OdpowiedzUsuń
  7. Czesem dobrze wybuchnąć, żeby nie zwariować (podobno) :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Bogumił obrazowo i dowcipnie opisał Wasze perypetie, fajnie się czyta, ale gorzej to wszystko przechodzić...i tak się dzielnie trzma i jakiemuś dzierganemu nie przy......lił.

    OdpowiedzUsuń
  9. Dobrze, że decydując się na zakup Siedliska nie przypuszczaliście jak bardzo trudny będzie remont. Mimo wszystko masa prac jest już wykonana. Wspaniale ogląda się zdjęcia z postępów prac.
    Dla wszystkich czytaczy waszego bloga jest jasne, że jesteście oboje bardzo dzielni.

    OdpowiedzUsuń
  10. Bogumile... cudownie czyta się Twoje pamiętnikowe wpisy! Jednak same przeżycia związane z ekipą remontującą mogą normalnego człowieka przyprawić o ciężką nerwicę ;-((( Ciekawam jestem tej Waszej murowanej kuchni... a przestrzeń otwarta na salony będzie pełna "powietrza" !!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Farba, którą malowałam swój kredens to: DEKORAL, farba akrylowa do drewna i metalu, kolor szary-platynowy... puszka ma poj. 500 ml. i malowaliśmy kilka razy, a jeszcze zostało chyba połowę puszki;-))) widać wydajna jest, więc można jeszcze coś "wymalować"...

      Usuń
    2. Szkoda, że mam jakąś awarię, bo nie mogę wysyłać fotek razem z mailem, to byś zobaczyła jak mi to wyszło... tylko jeszcze te szybki muszę zamówić;-)))

      Usuń
  11. Bogumile, jednak jestes wielce opanowany :). Nic to, juz blizej niz dalej, a kiedys jeszcze bedziecie to wspominac smiejac sie. Usciski (Leciwa)

    OdpowiedzUsuń
  12. Ech.... skąd ja to znam... ekipa budowlana i jej rytm pracy. Ale trzeba to przetrwać, byle tylko dobrze wykonali swoją robotę. U nas wannę majster postawił na cegłach i metalowej szynie. Poza tym nalał do pełna wody i tak stała 2-3 dni, aby osiąść. Lepiej solidnie ją umocować, nić potem doświadczyć chybotliwej wanny:-) Nie wiem, co to jest "twardy styropian?"
    Ogrzewanie i woda to podstawa. Będzie dobrze!
    M.

    OdpowiedzUsuń
  13. Jakbyście wydali taką książkę "Z pamiętnika Bogumiła" pierwsza bym kupiła trzy egzemplarze, jeden dla mnie, drugi dla zięcia a trzeci dla wnuka! Cudna powieść drogi. Do Domu.

    OdpowiedzUsuń