czwartek, 8 września 2016

Zapiski Bogumiła

Nie napisałam tych krótkich, prawie codziennych tekstów.  Zrobił to Bogumił, ja je jedynie skopiowałam i zebrałam w jednym miejscu. Dlaczego? W prezencie  dla Leciwej, która bardzo lubi teksty Bogumiła, a może je czytać tylko na moim blogu.

Nie wiem, może jak okrzepniemy, jak wszystko się wyprostuje z Kudełkiem, jak już zamieszkamy w wymarzonym domu na wsi, zbierzemy to w całość i powstanie książka o ludziach którzy porzucili miasto dla wsi. O tym, że sielankowe życie na wsi to tylko na pięknych zdjęciach w kolorowych magazynach. Jednak mimo ciężkiej pracy, błota, niepowodzeń nie chcemy wracać do miasta.

4 lipca
Z pamiętnika koczownika (dzień siódmy) 
Na zewnątrz zawierucha, leje i wieje. Wiatr próbuje zdmuchnąć mój dom i chiński baldachim, ale nie da rady bo przymocowałem go milionem want. W żółwiku ciepło i zacisznie. Gra muzyczka, a na kuchence pyrka wesoło (i smakowicie) fasolówka.

7 lipca
Zastanawiam się czy w tym biednym kraju na Wisłą nic nie może być normalnie? Nie dość, że do władzy dobrała się narodowo socjalistyczna grupa gwałcąca prawo, to jeszcze pogoda. Albo upał taki, że palcem nie można ruszyć, albo wieje i leje, że łeb urywa 

11 lipiec
Z pamiętnika koczownika (dzień 14) 
Z ręki nie wypuszczam czerwonego narzędzia siejącego śmierć. Zabiłem już 892378 much, ale to zaledwie miliardowy ułamek tego co lata po moim hektarze. Szacuję ich liczbę na n! (n-silnia) gdzie n zmierza do nieskończoności. Są szybkie, zwrotne i cholernie czujne. Czas spędzają na żarciu ( w tym mnie) seksie i akrobacjach. Na razie nie daję się, ale gdy pęknę zamknę się w moim biuro-kuchnio-kamperze, zamknę wszystkie okna, uszczelnię otwory i wpuszę gaz.

4 sierpnia
O świcie strasznie lało, a dom bez dachu, pokryty jedynie membraną. Jedna połać, bo druga dziurawym starym drewnem. Dachówka zrzucona. Leżałem w szumie deszczu i nie chciało mi się wstać, zanurzyć w oblepiającą wilgoć.
- A niech wszystko zamoknie – myślałem - zwłaszcza te worki z zaprawą cementową, na które poszło tyle kasy, niech zawalą się ściany, niech wszystko trafi szlag. Spakuje namiot i te mokre szmaty, odpalę auto i więcej moja noga tu postanie. Chwila słabości, depresja gangstera. Trzydziesty siódmy dzień koczownictwa.
Ale teraz jest lepiej. Popijam przesłodzoną kawę w żółwiu, chłopaki pokrywają drugą połać dachową, nic nie zamokło ( no prawie) Przez moment wyszło nawet słońce. Więc może nie będzie tak źle, może odwróci się bieg entropii.
Niewdzięczne niebo zasłoni dach, przewodami zacznie płynąć prąd, woda zaćwierka w rurkach, ściany pokryją się tynkiem. Pojawi się światełko w tunelu, nadzieja, że nie spędzę września w jurcie.

5 sierpnia
Tuzin zaginionych jaj (dzień 38)
Od jakiegoś czasu zastanawiałem się dlaczego kury wstrzymały produkcję jaj. Zostały co prawda tylko dwie, ruda i czarna, kogut się nie liczy bo swoich jajek nie odda, ale każda z nich powinna dawać co najmniej jedno jajko co dwa dni. A tu pupa blada, z jajecznicy nici. Żarły tylko ze smakiem kurkę naturkę, wydłubywały różne robale, ale gniazda pozostawały puste.
Tłumaczyłem sobie to stresem związanym z dobrą zmianą, jakiej doznały - wysprzątany kurnik z nowymi meblami ( plazma na ścianie dla koguta), nowy wybieg, dobre żarcie.
- Dobra zmiana, dobra zmiana! – przemawiałem do nich – w zamian proszę o jajka!
Kiwały głowami i wypowiadały coś co brzmiało jak „ko, ko, kod ? ??”
Kury dokują się w kurniku około 18-tej. Rozumiem teraz co znaczy stwierdzenie „iść spać z kurami”.
Na apelu wieczornym nie stawiła się ruda. Kogut latał i wrzeszczał, ja latałem wrzeszczałem, rudą wcięło.
- No tak, dopadł ją rudy, znaczy list – powiedziałem do koguta, a ten tylko smutno pokiwał głową.
Postanowiłem zajrzeć jeszcze do nieużywanej obory, a tam proszę, w starym, wymoszczonym słomą poidle, ukryła się ruda.
- A tobie co? - spytałem – do domu marsz!
Ani drgnęła. Trąciłem ją delikatnie, zaprotestowała, ale kupra nie podniosła, tylko rozpłaszczyła się jeszcze bardziej. Pozwoliłem sobie unieść lekko jej zadek i widzę a pod nią jajka, i to całe mnóstwo!
- No ładne kwiatki, chcesz tu siedzieć i bawić się w matkę, licząc na 500+, proszę cię bardzo.
Zabarykadowałem ją aby w nocy żaden drapieżnik nie zjadł jej wraz z jej jajkami.
Rano gdy zgłodniała i przybiegła na śniadanie, ja skorzystałem i hyc hyc (niczym lis) pomknąłem do obory. Jaj jest dwanaście, co widać na załączonym zdjęciu!
I co mam jej zrobić ??

6 sierpnia 
Singing on the rain (dzień 39)
Wczoraj wieczorem rozpętało się piekło.
Zeus wściekł się na śmiertelnych za to, że psują mu planetę, którą z takim trudem stworzył. Ciskał gromami gdzie popadło, zaś jego pomocnik Neptun wylewał oceany wody. Zabarykadowałem się w namiociku, włączyłem olejak, nakryłem po uszy śpiworem. Było ciepło, sucho i prawie, że domowo.
Stara stodoła, w której ukryty jest mój mały domek, dzielnie znosiła napór wody i wiatru. Modliłem się tylko, żeby nie przyszło jej do głowy ( hmm... gdzie stodoła może mieć głowę?) poskładać się i przywalić mnie tonami ceramicznej dachówki i belek. - Stoi prawie sto lat, to postoi jeszcze ten miesiąc – powtarzałem jak mantrę.
Gdy Bogom znudziło się maltretowanie maluczkich, wypełzłem z namiociku i w piżamce i w gumiakach pomknąłem z latarką sprawdzać czy dom mój stoi jeszcze. Nie ma na nim na razie dachówki, chroni go jedynie folia dachowa. Wszystko było w porządku. Sucho jak na pustyni.
Podumałem chwilę na tronie i już miałem wyjść gdy Bogowie zaatakowali ponownie ze zdwojoną siłą.
- No i super, zostałem uziemiony, nie mam ani maski do nurkowania, ani rurki, ani płetw, i jak przepłynąć rozszalały podwórkowy ocean?
Nie zastanawiając się długo zrzuciłem piżamkę, zwinąłem ją w kłębek, i tak jak mnie Pan Buczek stworzył, w samych gumofilcach, pomknąłem do kuchni polowej. Na szczęście Zeus nie dostrzegł mojej bielejącej w ciemnościach rzyci i nie przywalił piorunem.
A przez kuchnię płynęła zaś rzeka. Rzuciłem się do ratowana mych statków, które lada moment mogły wylądować w pobliskim stawie. Uratowałem żarcie dla kur oraz kota ( za co od rana są mi bardzo wdzięczni) Przygotowałem sobie skromną kolację z obiadowych resztek.
Kraulem, trzymając nad głową tobołek z piżamą i kolację, dopłynąłem do stodoły, wpełzłem do zacisznego namiociku, wzułem suchą piżamkę, zjadłem wraz z kotem kolacyjkę, odmówiłem paciorek do Zeusa, prosząc go co by jednak nie przywalił w mój dom, i zasnąłem kołysany szumem deszczu.

7 sierpnia 
Wśród nocnej ciszy syk się rozchodzi.
To zdarzyło się parę ładnych dni temu, muszę zapisać bo umknie. Nad ranem poczułem, że moje cztery litery przyziemiły. Niezbyt to miłe uczucie bo klepisko jest nie dość że twarde to i lodowate. Leżałem w ciemnościach, próbując zrozumieć co się stało, a temperatura odwłoku spadała z 36,7 do zera absolutnego.
- Nasermatter – zakląłem jak mój śp. pamięci dziadek Mietek i zmusiłem się do wstania.
Materac wyglądał jak rozwalcowany naleśnik. Za wcześnie było jeszcze żeby wstawać, wziąłem więc głębszy oddech i przywróciłem go do stanu używalności. Starczyło niestety na godzinę. Dopompowałem jeszcze dwa razy i jakoś dotrwałem rana.
Na szczęście tego dnia miałem jechać do Gdańska. Po załatwieniu tego co miałem załatwić, wpadłem tuż przed zamknięciem do Auchana.
Na półce leżały dwa materace: jeden mały za 35 zł, i drugi, king size, za niebagatelne 135 zł. Stałem przed regałem jak Mosiek z Berdyczowa, kiwając się na boki i szarpiąc pejsy. - Aj waj, aj waj, ta czemu taki drogi ten materac, aj waj.
Przekonała mnie w końcu nalepka na pudełku kingsajzowca „do 275kg”. No to mam jeszcze duży zapas bezpieczeństwa, pomyślałem, a do tego jeszcze wbudowana elektryczna pompka.
Minęło parę spokojnych nocy. Materacyk sprawował się znakomicie. Jak dziecko bawiłem się konsolką. Pstryk guzikiem i robi się twardy jak niemieckie auto, ruch pokrętłem w prawo i po chwili mamy miękkość jak w Citroenie DS. Bajka.
Aż tu budzę się nad ranem i czuję, że moje cztery litery pocałowały się z lodowatą matką ziemią.
- Nieeeeee! - zawyłem w ciemnościach – Panie cóżem ci uczynił!???
Wśród nocnej ciszy usłyszałem jak cichutko uchodzi życie z mojego łóżeczka.
No ale od czego jest pstryczek elekryczek? Już po chwili oddaliłem się od klepiska na bezpieczną odległość trzydziestu centymetrów. Na chwilę. I tak pstrykałem sobie do rany kilka razy. Noc na gestapo. Rano oczy na zapałki.
Dziurka była miniaturowa. Udało się ją załatać. W końcu większe dziury w życiu człowiek łatał. Wieczorem napompowałem, ubrany w piżamkę w słoniki, umościłem się wygodnie, otworzyłem książkę a tu.... nagle.... pode mną... rozległo się cichutkie psssssss......
Nassermatter!!!!!

9 sierpnia
Tak po prawdzie, to nie jest tak łatwo i przyjemnie, czy wesoło.
Dzisiaj mija 42 dzień koczownictwa. Do spania w namiocie można się przyzwyczaić. Nawet teraz, gdy na dworze jest mokro i chłodno, wystarczy włączyć olejak, zapalić lampkę na małym stoliku przy materacu (kolejnym) włączyć tableta aby obejrzeć kolejny odcinek serialu Ranczo ( zasmakowałem! ) Jest ciepło i domowo, i nie przeszkadza to, że trzeba się wczołgiwać.
Nie przeszkadza jedzenie pod pałatką, ewentualnie w kuchni polowej, skonstruowanej w starej drewutni. Zdzierżyć można brak bieżącej wody w kranie, zresztą i tak nie ma kranu, jest wąż z wodą ze studni.
Woda do picia i gotowania jest w baniakach. Już nie trzeba latać za górkę za potrzebą i wypinać się w pozycji Małysza. W domu działa już tron aczkolwiek jest hmm... mało odosobniony, więc trzeba głośnym okrzykiem oznajmiać, iż testuje się kanalizację.
Najbardziej brak jest prysznica, a wanna to niebańskie marzenie. Myć się trzeba w misce, jak było cieplej to można było w stawie. Wiem, tysiące pokoleń tak do niedawna czyniło i żyło, ale człowiek nabrał pewnych przyzwyczajeń i teraz trochę cierpi.
Ten sufit to jest światełko w tunelu. Iskierka nadziei. Punkt przełomowy. Udało się odwrócić bieg entropii, skończyło się demolowanie, zaczyna składanie. Jeszcze wczoraj, przedwczoraj, kiedy patrzyłem na te moknące w deszczu ruiny, miałem wielką ochotę czmychnąć stąd i nigdy więcej już tu nie wracać.
Uciekałem z psem polną drogą, a matka natura, wiedząc chyba co mi w sercu gra, kreowała na niebie nieziemskie spektakle (załączone zdjęcia) Patrzyłem oniemiały i wiedziałem, że to jest to miejsce, moja ostoja, moja oaza przed całym wariactwem tego świata.
Wiele znajomych mówi mi, że mnie podziwia, że jestem odważny. Nie wiem. Często zadaje sobie pytanie czy dobrze uczyniłem rzucając cywilizację, czy będzie za co do gara włożyć, czy nie będę musiał uciekać przed komornikiem.
Przyszłość pokaże.

14 sierpnia
Odrobina refleksji w niedzielny poranek. W listopadzie 2014 roku napisałem na moim blogu:
Marzy mi się siedlisko na końcu świata, i wiem gdzie jest ten mój koniec świata, to Warmia, okolice Pieniężna, Ornety, Górowa Iławeckiego. Kraina pagórkowata, z ukrytymi wśród lasów i pól małymi jeziorami. Często oglądam ją z góry okiem satelity, każę się wozić googlowozem. Przemierzyłem ją kilkanaście razy moim kamperem. Zakochałem się w niej. To ziemia opustoszała, wyludniona, odcywilizowana. Prawdziwa Terra Incognita. Dawne Prusy Wschodnie.
Oczami wyobraźni widzę ów stary warmiński dom. Zbudowany z solidnej czerwonej cegły, pokryty upstrzoną kępkami porostów i mchów, sczerniałą od słońca ciemnoczerwoną dachówką. Dom wzniesiony przed stu laty przez bogatego pruskiego chłopa, ze starannością, tak aby przetrwał lata. Dom, który pod ciężarem mijającego czasu zagłębił się w ziemię, niczym statek wyrzucony na mieliznę. Oparł się setkom tysięcy wichrów, nawałnic, burz. Dom ostoja, w którym pachnie pieczonym chlebem. W którym czas płynie normalnie, odmierzany tik-tak starego zegara.
Do tego kawałek ziemi, nie więcej niż hektar. Tyle wystarczy aby się samodzielnie wyżywić. Stworzyć ogród warzywny, posadzić ziemniaki, buraki, trochę kukurydzy. Do tego sad owocowy, a w nim pasieka. Kawałek lasku na opał. Woda ze studni, i może jakiś strumień, aby wykopać mały staw. Wpuścić parę ryb.
Ja technokrata, inżynier informatyk, webmaster i hacker, swego czasu miłośnik wszelkich gadżetów, niewolnik telewizji i Internetu, chce to wszystko rzucić w diabły. Zmęczyłem się XXI wiekiem i chce wrócić do XIX. No może nie tak do końca. Prąd wysmaży słońce i wykręci wiatrak.
Już stoję z boku. Nie oglądam TV, nie słucham radia, nie czytam portali informacyjnych. Nie biorę udziału w wyścigu szczurów. Wpadam w coraz większy minimalizm. Mniej znaczy więcej. Nie muszę mieć tego czy tamtego, wypasionego auta, wczasów w zagranicznym SPA, 200 calowego telewizora, czy super hiper komórki. Powiem szczerze: pieprze to wszystko.
To nie jest chwilowy kaprys. To narasta we mnie od lat, powoli dojrzewam do tego. Prawie trzydzieści lat temu, na studiach, żartowałem, że kiedyś, kiedy będę stary, kupię sto hektarów i stworzę sektę. Z długą siwą brodą, odziany w lniane giezło, z sękatym kijem w dłoni, będę siedział pod starym dębem i dumał jak Budda, albo nauczał.
–-------------------------
Jest połowa sierpnia 2016 roku i mieszkam tu, w moim warmińskim siedlisku na skraju cywilizowanego świata. Nie tęsknie za dużym miastem, które zostawiłem. Wszystko co jest mi potrzebne mam w pobliskim Górowie, do którego dzieli mnie dwa kilometry w linii prostej, pięć minut autem. A jeżeli potrzeba mi więcej to za 21 km dzieli mnie od Lidzbarka Warmińskiego, 25 od Bartoszyc.
Zapuściłem korzenie. Poznałem sympatycznych sąsiadów zawsze skorych do pomocy. Wszyscy wkoło, nawet ci których jeszcze nie spotkałem, wiedzą, że to ten imigrant z Gdańska, który zamieszkał tu, o dziwo, na stałe.
Czas niesamowicie zwolnił, płynie teraz normalnie i z sensem. Nie ma kosiarek, nie ma pip pip pip z pobliskiego placu manewrowego, nikt piętro niżej nie trzaska drzwiami, pod oknem nie drą się bachory. Nikt nie siedzi mi na zderzaku, ani nie trąbi wściekle jak na chwilę przystanę szukając miejsca do zaparkowania. Jest rozćwierkana, rozklekotana, rozklangorowana cisza, czasem w oddali odezwie się u sąsiada pies.
Z cywilizacją łączy mnie cieniutka nitka LTE przez którą płyną bity niosące informację o coraz większym szale jaki ogarnia świat. Czytam i jestem szczęśliwy, że jestem tu, w mojej oazie, bezludnej wyspie, siedlisku rodowym.
I to jest dobre.


16 sierpnia
Światło zrobiło się kontrastowe, ciężkie. Rzeźbi każdy szczegół warmińskiego oceanu, który sam w sobie zmienił barwę z jasno zielonych na ciepłe, dojrzałe odcienie zieleni zmieszanej ze złotem, czerwienią, i z lekką nutką brązu. Idzie jesień i nie ma to rady.
Parę dni temu za starą stodołą wielkie zgromadzenie bocianów utworzyło lej podobny trąbie powietrznej. Kręciły się tam ich dziesiątki, a może nawet i ponad setka. Wznosiły się i opadały, wirując w sierpniowym słońcu. Ich biało czarność ostro kontrastowała z błękitem nieba.
To chyba był pożegnalny krąg. Gdybym wiedział pomachałbym im na pożegnanie, a ja głupi nawet nie zdążyłem aparatu wyciągnąć. Od tamtego czasu gniazdo stoi puste. Pewnie szybują już gdzieś ponad górami, ku ciepłu południa. Wrócą za parę miesięcy, bo zawsze wracają.
Połaziłem z psem po polach. Jeszcze jest ciepło, można łazić w krótkich gaciach i w sandałach na gołe stopy, ale wieczorami zarzucam stary wysłużony polar, bo ciągnie po podwiązkach. Tak, nieuchronnie idzie jesień.
19 sierpnia
Kury mi się rozbestwiły.
Łażą za mną wszędzie jak stadko fanek za celebrytą. Dla nich jestem nadkogutem, panem i władcą podwórka. No tak, to ja wydaję rano papu, więc gdy tylko pojawię się zaspany z kawą w ręku, otaczają mnie wianuszkiem i drą dzioby: jeść! Jeść!
Najodważniejsza jest Balbina (ta na pierwszy planie). Bez oporów włazi do kuchni, pęta się pod nogami, dziobie niecierpliwie w moje gumofilce. Gdy ją odganiam zdziwiona protestuje - toć twoją faworytą jestem! - wykrzykuje po kurzemu.
Fakt, nauczyła się mi jeść z ręki. Wyciągam ku niej jakiś smakowity kąsek, kawałek szynki albo żółtego sera, cap, w tył zwrot i w nogi. A za nią pozostałe, mniej odważne. Wygląda to jak mecz rugby. Zawodnik Balbina przejmuje piłkę, robi zwód, omija zawodniczkę drużyny przeciwnej, przeskakuje nad następną, uskok w prawo, nie traci piłki, jeszcze tylko parę skoków do bazy... Jest! Gol!!!!
Nawet kot, którego nazwałem Nołnejm jest wobec nich bezradny. Podsuwam mu coś pod nos, już ma połknąć, a tu skucha, kąsek przejęty przez jedną z rudych, która co sił w nogach umyka, goniona przez własne koleżanki.
A na to wszystko patrzy dobrodusznie Kogut, który nie ma z nimi najmniejszych szans, ale co tam żarcie, niech rosną kurki małolaty, bo już za chwilkę, już za momencik, zacznie się dziki seks w kurniku he he. On i siedem młodych nałożnic.

23 sierpnia
Przemoczony mglisty poranek. Słońce z trudem przebija się przez rozlane mleko. Poczłapałem kawałek w pola, mocząc nogi bo nie założyłem gumofilców. Na roślinach pająki porozwieszały mokre pajęczyny. Miliardy kropelek skrzą się w delikatnym świetle promieni słonecznych. A ja nadal bezdomny, to już 56 dzień. Jesień zmierza wielkimi krokami.
Na szczęście prace nabrały tempa. Wczoraj na parterze pojawiła się wylewka, jest więc już podłoga. Dzisiaj panowie wyleją ją na poddaszu. Beton skryje prawie kilometr rurek ogrzewania podłogowego.
Wczoraj przyjechała nowa dachówka. Dom będzie miał z powrotem dach. Stara dachówka poszła na utwardzenie drogi niemiłosiernie rozjeżdżonej przez ciężarówki. W przyszłym tygodniu, jeżeli wszystko pójdzie dobrze, będę miał tynk. Jak obeschną będzie można się wprowadzać, jupi!
Wczoraj leżakując w namiocie zrozumiałem, że człowiek ma wewnętrzną potrzebę odseparowania się od przestrzeni zewnętrznej. To taka odwrotność klaustrofobii, agorafobia? Bynajmniej nie chodzi o schronienie się przed deszczem, zimnem. Rozumiem czemu teraz bezdomni budują sobie domki z kartonów.
Z drugiej strony, po ponad 50 dniach bezdomności mogę mieć problem z zamieszkaniem w czterech ścianach. Chyba przez pierwszy okres rozstawię sobie w sypialni namiot.

27 sierpnia
Ma wanna już się zbliża, już puka do mych drzwi, pobiegnę ją przywitać, z radości serce drży!
Wszyscy razem: O szczęście niepojęte...
Dziś mija 60-ty dzień koczownictwa. Kres jest bliski (mój albo koczownictwa) Wczoraj przeleżałem cały dzień w malignie w namiocie. W środę byłem w Warszawie i musi załapałem jakiegoś zjadliwego wirusa. Chycił mnie za gardło a następnie rzucił się na płuca. Dziś już lepiej aczkolwiek słabym jak niemowlę.

2 września
Sześćdziesiąty szósty dzień koczownictwa.
Wczoraj upadłem. Po raz drugi(?) Gdyby było coś do wypicia, to pewnie schlałbym się jak świnia. Niestety była tylko woda z bąbelkami. Gdyby po południu pojawił się ktoś przed moim domem i powiedział: „Panie, za ile by pan sprzedał to siedlisko?” Odparłbym bez chwili namysłu: bierz je pan za darmo, albo jeszcze dopłacę!
A wszystko przez tynkarzy, którzy zwodzili od ponad miesiąca, i koniec końców zlali mnie ciepłym moczem. A znalezienie innej ekipy w chwili obecnej graniczy z cudem, najbliższe wolne terminy za miesiąc, dwa. Tynkowanie blokuje dalsze prace, a tym samym wprowadzenie się i koniec koczownictwa.
Wczoraj uzmysłowiłem sobie, że jestem jak Phileas Fogg, angielski dżentelmen, który postanowił objechać świat w 80 dni. Moje wyzwanie to wyremontować dogłębnie stary warmiński dom w niecałe 3 miesiące, nie bankrutując przy tym. To pierwsze może mi się nie udać, a drugie, z dużym prawdopodobieństwem niestety się stanie tzn. zbankrutuje niechybnie.
Dzisiaj o świcie, w gaciach i gumiakach, otoczony wianuszkiem kur, stanąłem przed moim nowym domem, a on błyszczał w promieniach wstającego słońca. Pomyślałem: wczoraj był zły dzień, dzisiaj będzie dobry, dam radę, nie poddam się.
Kiedyś, po wielu, wielu latach pewnie będę z sentymentem wspominać tą kampanię lipcowo-sierpniowo-wrześniową, roku pańskiego 2016.

3 września
67 dzień koczownictwa.
Hiob. Mówcie do mnie Hiob.
Wczoraj zaświtało światełko nadziei. Majstrowi udało się pożyczyć agregat do tynków i skompletować ekipę. Przyjechali dzisiaj skoro świt i ze śpiewem na ustach ( hej ho! Hej ho! Do tynkowania by się szło!) rozłożyli maszynę, podłączali doń prąd i wodę, wcisnęli zielony guzik i....
… zawarczało, zagrzytało, zabuczało, podskoczyło, sypnęło iskrami i umarło.
- Urwa! Urwa! Urwa! - zaklął naczelny tynkarz. - Ja pierd* Ja pierd* - zawtórował mu jego pomagier.
Latali wkoło, ciągali za wajchy, wciskali guziki, a maszyna zgrzytała, pluła iskrami i raz po razie oddawała ducha.
Boże, dlaczego tak mnie doświadczasz ???
Cóżem ci uczynił??

3 września
67 i ½ dzień na bezludnej wyspie
Mówcie do mnie raczej Robinson
Tak. Czasem czuje się tutaj jak Robinson Crusoe na bezludnej wyspie. Dni mijają leniwie, przesiaduje albo w mojej szalupie (żółwik w którym jest radiostacja) albo pod daszkiem, przy stoliku, tudzież w szopie kuchennej, albo leżakuje w namiocie. Czasem stanę na górce i wyglądam czy w oddali nie bieli się żagiel wieszczący ratunek.
Rano wylądowała trójka, mieli nieść pomoc, polegli. Teraz sami tęsknie wyglądają pomocy. Naiwni, bo ta szybko nie nadejdzie.
Zresztą mam wszystko co mi potrzebne do życia, jedzenie, schronienie przed zimnem i deszczem. Jak zrobi się chłodniej obsypie namiot słomą aż po czubek. Będę wpełzać do niego jak do igloo.
W środku mam piecyk, wygodny materac, stoliczek, nocną lampkę, parę książek, tablet, który robi za telewizorek. Na tranzystorowym radiu czasem udaje mi się złapać jakieś odległe stacje, przemawia do mnie coraz mniej zrozumiały i zatracony świat.
Podniosłem się z upadku, umyłem górę zaskorupiałych naczyń, ogarnąłem kuchnię, ogoliłem się. Opanował mnie stoicki spokój. Siedzę i rozmawiam z kurami. One są szczęśliwe. Łasi się kot. Latają motylki. Czasem niebo przetnie ptak. Wieczorem rozpalę ognisko.
Jest dobrze.

4 września
68 dzień koczownictwa
Pada deszcz nieustający a obfity.
To już trwa tak długo. Siedzę w żółwiu, na zewnątrz pada deszcz nieustający. Nastrój więcej niż kaprawy. Utknąłem na tynkarskiej rafie, dziesięć metrów od domu, w którym tak bardzo chciałbym zamieszkać. Żyć ponownie jak człowiek, mieć nad głową sufit, wkoło cztery ściany, krzesło, kanapę, łóżko, wannę albo choćby prysznic. Co pewien czas dopada mnie agorafobia. Chowam się wtedy w namiocie, przykrywam kołdrą po czubek głowy.
Kury zadokowały się w kurniku, im też nie chce się moknąć. Przez środek podwórka płynie strumyk, droga dojazdowa zamieniła się w gliniankę. Bałagan. Nic się nie chce. Dopadają demony.
Wiem, dam radę, będzie dobrze. Niech tylko przestanie padać, i nie ktoś otynkuje mi ściany, jakkolwiek, albo zrobię to sam. A jak się już odkuję to kupię agregat tynkarski i będę tłukł kasę, zwodząc naiwnych. A co!

6 września
70 dzień koczownictwa
Nerwy. Straszne nerwy.
Nerwy napięte do granic możliwości, mimo żem niespotykanie spokojny człowiek. Przyjechali rano, wtargali agregat, oddaliłem się, nie wytrzymałem napięcia, nie chciałem zapeszyć, nasłuchiwałem czujnie z żółwika. A oni ostro dyskutowali, latali w tę i we w tę, uruchamiali, gasili, i znów uruchamiali, a ja drżałem jak osika, trzymając kciuki, na nogach też.
Gdy praca agregatu stała się ciągła (ach co za piękna to muzyka!) poszedłem zobaczyć jak idzie. Majster szprycował sypialnię, pomagiery uwijały się w ukropie karmiąc żarłoczną maszynę. Worek po worku moje pieniądze rozchlapywały się na ścianach. Wycofałem się na palcach uspokojony.
Zrobiłem sobie kawę i już miałem coś podłubać w bitach i bajtach, gdy nastała złowroga cisza, agregat zamilkł, a chwilę później posypały się uje, urwy i erdole.
- Matko Boska Gietrzwałdzka! - wyszeptałem (Warmia to teren jej działania) – ratuj!
Po chwili agregat zagdakał, chwilę powarczał i znowu uje, urwy i erdole. Nie wytrzymałem, pognałem, a tam Armagedon. Cement sika na wszystkie strony (rura wyskakuje z uchwytu) Majster z obłędem w oczach dwoi się i troi, pomocniczy szarzy na twarzach, bynajmniej nie od cementu.
- Ja wiedziałem, że tak będzie – zaszlochałem w środku – ja wiedziałem.
Na miękkich nogach dopełzłem do żółwia, zrezygnowany opadłem w fotel. Jak Stańczyk tylko nieco bardziej hmm... puszysty. Ale majstry sytuację opanowali. Rurę poskromili. Teraz szykują się do szprycowania salonu i jadalnio kuchni. Do zachodu słońca jeszcze daleko, może się wydarzyć wszystko, stay tuned.

71 dzień koczownictwa.
- Nie chwal dnia przed zachodem słońca – skomentował wczoraj Waldek K.
No i wykrakał, słońce obleczone w czerwienie zanurzało się w las, gdy nastała złowroga cisza, a po niej sypnęło obficie urwami, ujami i erdolami.
Gdy przewaliła się pierwsza fala łaciny budowlanej, poszedłem zobaczyć co się stało. Podobnież agregat zadławił się, strzelił iskrami, wypuścił dwa kółka z dymu i zdechł.
- No i w pizdu wylądował i cały misterny plan też w pizdu – skwitował mój wewnętrzny Siara Siarzewski.
Poczłapałem zrezygnowany do żółwia. Niechybnie jakieś fatum wisi nade mną, kara za popełnione grzechy, sprzysiężenie sił zła i ciemności. Mur (nieotynkowany) nie do przebicia. No cóż zamieszkać w cegle, Krzyżacy dali radę, dam i ja.
Ponad dwie godziny szarpali agregatem, młotkami obstukiwali, bebechy rozkręcali, aż... odpalili. Cud! Ciemność już dawno zapadła a oni przy świeczkach szprycowali i szprycowali, aż sam nie wiem kiedy skończyli bom zasnął.
O świcie wypełzłem, gumofilce wdziałem i samych majciochach (nie próbujcie tego robić w mieście!) i polarze poszedłem zobaczyć efekt ich pracy. Wyszprycowali wszystko jak się patrzy. Wpadłem do ich przyczepy chcąc po rękach całować, a tu pusto.
- Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim, Moja droga ekipo, tym zniknieniem swoim! - wyrzekłem zdumiony.
Ale agregat stał, narzędzia stały, tylko auta i ludzi brak. Ufo? Trójkąt bermudzko górowiecki?
Wlazłem więc na górkę błagalną (prawy kraniec mojej hacjendy) a stamtąd rozpostarł się widok cudnej urody, który żem dla was uwiecznił. Jak tu nie zakochać się w tym miejscu? Jak nie znosić dlań tych wszystkich emocji i upokorzeń? No jak?

dzisiaj
72 dzień koczownictwa
Czas refleksji.
Dzisiaj dzień wytchnienia. Majster pokłócił się wczoraj z pomocnikami i sam, do pierwszej w nocy kończył zacierać tynki w sypialni i łazience. Pojechał więc szukać innych. Sypialnia obsycha, za parę dni będę mógł porzucić namiot.
Czuję się jak rozbitek na tratwie, który zobaczył na horyzoncie ląd. W serce wstąpiła nadzieja, widać już zielone palmy, złotą kreskę plaży, słychać ptaki, a na brzegu czeka powitalne stadko czekoladowych gibkich dziewcząt, z kwiatami we włosach. Oby tylko w krzakach nie kryli się jacyś ludożercy, a ów nadobny komitet powitalny nie poprowadził mnie do kotła, pod którym rozpalono ogień.
Przyzwyczaiłem się do spania w namiocie. Choć nie ukrywam, że poranki są ciężkie, za żadne skarby nie chce się wyściubić nosa spod ciepłej kołdry, bo na zewnątrz mokro, zimno i ciemnawo. Musi minąć parę godzin aby wrześniowe słońce (z coraz większym trudem) podniosło temperaturę do przyzwoitych 20 stopni.
Tak, lato nieuchronnie zmierza ku końcowi. Bociany już dawno odleciały, żurawie jeszcze się ociągają. Nastaną dni zimne i ciemne. Dni ciche i pełne. Wieczory spędzane przy kominku, z dobrą książką i nalewką bądź winem własnej roboty.
Na ścianach powieszę moje trzy stare zegary. Jeden z nich ma prawie sto lat, pochodzi z Hamburskiej amerykańskiej fabryki zegarów (HAU) wygląda przepięknie, godziny i połówki wybija na ciepło i głęboko brzmiącym czterostrunowym gongu. A co najważniejsze spowalnia czas.
Nie wierzycie? Parę razy złapałem się na tym, licząc jego uderzenia, że było wcześniej niż sądziłem. Myślałem, że to już dwudziesta a była dopiero osiemnasta.
Więc jeżeli chcecie aby wasz czas płynął wolniej, tak jak kiedyś ludziom na ziemi, zanim nastały wariackie czasy, to powieście u siebie taki stary zegar w dębowej skrzyni z mosiężnym werkiem. Czasospowolnienie gwarantowane.
Bo czymże jest czas?
Czy da się go spowolnić, a nawet odwrócić jego bieg? Jest jednym z wymiarów czasoprzestrzeni, spowalnia go grawitacja, zwalnia gdy prędkość zmierza do prędkości światła, i nie ma w tym żadnej magii, to po po prostu fizyka wyrażona w języku tego, co poruszył pierwsze wahadło, w matematycznych wzorach.
Koniec filozofowania, pora zjeść śniadanie!

20 komentarzy:

  1. No i zamiemówiłam, chociaż nie zaniepisałam, jak widać.
    Bogumił został moim ulubionym pisarzem.
    Może to nie zabrzmi dobrze, ale czy gdyby wszystko szło, jak po maśle, to czy ta literatura byłaby równie piękna?
    Poczekamy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agnieszka, będzie co wspominać na stare lata :-)

      Usuń
  2. Świetnie się to czyta, nam czytaczom:) Wy jednak macie swoje ciężki chwile, ale jesteście razem, wspieracie się, z góry było wiadomo, że lekko nie będzie:)
    Trzymam kciuki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. punkt widzenia jest zależny od punktu siedzenia :-)
      Kiedy jestem tam, widzę błoto, bałagan, kupę roboty
      Kiedy jestem tutaj i oglądam zdjęcia nie mogę wyjść z podziwu, że tak dużo zostało zrobione

      Usuń
  3. Ha, po tej lekturze już zastanawiam się, kto zagra Graszkę i Bogumiła w serialu, nakręconym wg powieści :-)
    Na szczęście dla Was (i nieszczęście dla mojego ogródka i wymarzonego grzybobrania) wróciła słoneczna, letnia pogoda i ponoć jeszcze trochę potrwa, więc nie trzeba jeszcze szykować igloo, a tynki mogą spokojnie dosychać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w Gdańsku też słonecznie :-) powiedziałabym nawet bardzo.

      Usuń
  4. Zostawiam sobie tę lekturę na wieczór aby się podelektować każdym słowem, każdym zdaniem bo w robocie nie dam rady :))

    Pozdrowienia Bogumile ! Pamiętnik przecudny ! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Po przeczytaniu sprawozdania z koczowania muszę jeszcze raz wrócić do fotek;-))) Jako nadkogut wodzący stadko kwoczek byłbyś ulubionyą postacią dziecięcych bajek !!! To taki żart, oczywiscie;-))) Życzę szybkiego wysychania tynków (tych świeżo położonych), bo mój Darek właśnie skuł kawał ściany w naszej sypialni (jak to w starej chacie, pociągnęło wilgocią;-((( i czedkam jak się TO skończy... Pozdrawiam całkiem wakacyjnie z temperaturą +27 stopni !!! Gabrysia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gabrysiu, a ja sądziłam, że ty wszelakie remonty masz już za sobą :-)

      Bogumił w roli koguta hihi - podoba mi się pomysł

      ps. Jechałam dzisiaj trójmiejską obwodnicą, jakaś masakra, co kawałek to wypadek. Kupę straży i policji. Gdzie ta moja piaszczysta droga i pola :-(

      Usuń
  6. I śmieszno i straszno w tej opowieści Bogumiła. Książka będzie ciekawa. Czekam z niecierpliwością na sprawozdanie z dzisiejszej wizyty Kudełka u doktora. Wreszcie i o de mnie kropelka pomocy dla niego została posłana.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zuza, właśnie wróciłam. Usztywnienie zostało ściągnięte. Ostatnie zastrzyki podane. Laser i polemagnetyczne też. Żeby nie podejmować pochopnych decyzji (tzn noga po usztywnieniu może inaczej się układać) mam przyjechać jutro, na badania neurologiczne.

    Zuza dziękuję

    OdpowiedzUsuń
  8. Dobrze napisane, inteligentnie i z humorem. Fajnie poczytać. Tylko jedna rzecz mnie uwiera: dlaczego Bogumił nigdy i nijak nie wspomina, że nie jest tam sam? Jeśli nie chcecie, to może o Tobie nie pisać, ale on perfidnie daje do zrozumienia, że jest tam sam samiuteńki. I tak to odbiera większość komentatorów na fb, niektóre panie wręcz się podsuwają jako towarzyszki tej robinsonady. Czy Ty już się nie liczysz? Czy słówko "my" gryzie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też na to zwróciłam uwagę... Ale uznałam, ze skoro Graszce tak pasuje, to ich sprawa.

      Usuń
    2. Wszystko jest pod kontrolą ;-) Tak czy siak siedzę tu teraz sam bo Graszka jeszcze parę dni musi być w Gdańsku

      Usuń
  9. Wielkie dzieki!!! :D (Leciwa)

    OdpowiedzUsuń
  10. O ja niegodny. Po przeczytaniu Bogumiła stwierdziłem, że moja pisanina to marność nad marnościami i trzeba ją zakończyć. Najbardziej przypadł mi wpis z 14 sierpnia - te słowa to cały ja, jednak jeszcze tlą się we mnie geny gadżedziarza. Ehhh.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Weź ty przestań tak gadać, pióro masz świetne, czytam na bieżąco.

      Usuń