poniedziałek, 7 marca 2016

Wielki gar zupy



w sobotni poranek pomknęliśmy F16 mojego przyjaciela S. w kierunku krainy magicznej, wyśnionej, dawnej ziemi tajemniczych plemion Pruskich – Warmii. Królestwa Smętka, ziemi po dziś dzień lekko dzikiej, nieujarzmionej, pagórkowatej, z przepastnymi kniejami, skrywającymi niejeden krzyżacki i polski grób.

Elbląg minęliśmy z prędkością nadświetlną, i tylko groźba zabrudzenia tapicerki przez pasażerów zmusiła, wpatrzonego w Janosika pilota, do zwolnienia. Pierwsze domostwo, sprzedawane przez polsko holenderskie starsze małżeństwo, z którego odwiedzenia mieliśmy pierwotnie zrezygnować, bo okazało się, że w sąsiedztwie jest wielka wiejska dyskoteka, nawet się nam spodobało.

Obejrzeliśmy je dokładnie, udając zachwyt nad ciężkimi burżuazyjnymi meblami w holenderskim stylu. Dyplomatycznie przemilczeliśmy fakt wyłożenia sufitów plastikowymi panelami, w kolorze, który Francuzi określają jako "Caca d’oie" lub skrótowo "merdoie".

Kolejne, koło Zalewa, cudownie na zdjęciach, w rzeczywistości okazało się mało atrakcyjne. Zamiast trawnika było zryte traktorem błotnisko. W dolnej części ogrodu, ukryte za świerkami i brzozami, biło źródełko, które roztaczało woń bynajmniej nie perfumerii. Graszka uparła się poznać historię właścicielki, matki szóstki dzieci ( 2500 zł miesięcznie ) My zaś z S. zabarykadowaliśmy się w aucie, a wkoło krążył właściciel w nieodłącznych gumofilcach i zakrwawioną siekiera. Jakoś udało się nam wymknąć.

Trzy kwadranse na dwunastą, tak się to tutaj dawniej mówiło, dotarliśmy do domu A., ludzi szczęśliwych i przesympatycznych. Uraczyli nas kawą, słodyczami i opowieściami jak to się tutaj żyje, na krańcu cywilizowanego świata. Też tak chcemy! - zakrzyknęliśmy jak jeden mąż i pognaliśmy bezdrożami do Pupek (tak, tak nazywa się ta wieś!) podziwiać remontowane siedlisko A. do którego zamierzają się wprowadzić jeszcze w maju.

Zazdrość nas skręciła. To było to miejsce wymarzone. Piękny warmiński dom z klimatem (ten sufit ze starych desek!) Wkoło pagórki i lasy, dzwoniąca w uszach cisza, przerywana jedynie przez latające wuwuzele lub klekot bociana.

S. próbował namówić A. żeby sprzedał nam swój nowy dom, ale ten pozostał nieugięty, nawet wtedy gdy padła niebotyczna kwota, bo odnalezione własne miejsce na ziemi jest bezcenne. Pojechaliśmy więc wraz z naszymi gospodarzami, penetrować leśnymi duktami okoliczne knieje. W między czasie dołączył do nas miejscowy mistrz budowlany, który remontował dom A.

Niestety nie znaleźliśmy nic ciekawego, choć jedna działka nad jeziorem wydała się wielce zacna, aczkolwiek z domem letniskowym. Na deser obejrzeliśmy samotne siedlisko należące do pewnej warszawianki, stary wyremontowany dom z czerwonej cegły, leżący na wzgórku, skąd rozciągał się niesamowity widok na 8 hektarową posesje. Cudo ale, jak się potem okazało, nieosiągalne, no chyba, że S. ożeniłby się z właścicielką.

Wymarznięci i wytrzęsieni zacumowaliśmy ponownie w domu u A. Usiedliśmy przy kuchennym stole i pani domu postawiła przed nami wielki gar rosołu. Boże Drogi jakie to było pyszne!  Wiosłowaliśmy łyżkami aż trzęsły nam się uszy.

A potem podano Ambrozję, wino domowe i dalsze opowieści o krainie ludzi wolnych, szczęśliwych, nigdzie się nie śpieszących, bezinteresownie sobie pomagających.  Żal było opuszczać domostwo A. i Warmię. Jeszcze tu wrócimy, jak dobrze pójdzie w najbliższy czwartek, aby szukać dalej naszej nowej Bogumiłówki.

Tymczasem postanowiliśmy kupić wielki gar, 11 litrowy, i zrobiłem w nim dzisiaj zupę z topinambura. Palce lizać!




14 komentarzy:

  1. Och, czekałam od wczoraj na te relacje...a widząc zdjęcie, pomyślałam, że to to właśnie..och, szukanie jest bardzo przyjemne:) a gar- jak znalazł, gdy wszyscy Wasi wielbiciele zjadą się podziwiać nowe Miejsce na Ziemi:)Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. pojechaliśmy wczoraj do Bogumiłówki nakarmić koty i posprzątać po zimie.
    Ten wpis popełnił Bogumił, moja relacja będzie jutro :-) - okiem kobiety

    Gar w tym celu został zakupiony. Nie ma siedliska- ale jest gar :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od czegoś trzeba zacząć, mozna przeciez od gara! ( zorientowałam się, że to Bogumił pisze)

      Usuń
  3. Gar to jest - zachowując właściwe proporcje - kwintesencja siedliska...

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej Bogumile... jak zwykle bardzo obrazowo opisałeś sobotnią eskapadę!!! Naszą starą opolską chatę kupiliśmy z przetargu gminnego, więc nie było takich emocji jak u Was ;-))) Obserwujemy wszyscy z zapartym tchem Wasze wyjazdy i "polowania" na upragnione Ranczo !!! Pozdrawiam, Gabrysia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym szukaniem jest gorąco, bo czasu mamy niewiele, do końca kwietnia

      Usuń
  5. Cudnie się czytało, Bogumile. Oczami wyobraźni widziałam te dechy na suficie na przemian z plastikowymi panelami ;)
    Kusi mnie taki wielki gar, bo mój największy to 5l i zupa z takiego gara starcza nam raptem na dwa dni ;) (na dwie osoby!).
    Graszko, czekam na Twoje babskie spojrzenie. Opiszesz historię tej pani z gromadką dzieci? Czy to tajne przez poufne?

    OdpowiedzUsuń
  6. Szkoda, zdjecie przedstawia coś pięknego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdjęcie przedstawia 100 letnią warmińską chatę, niestety nie do kupienia

      Usuń
  7. Pamiątka z sobotniej wyprawy wspaniała. No i sama wyprawa fascynująca. Ciekawe co w czwartek zobaczycie.

    OdpowiedzUsuń
  8. Czekam na Twoją relację a gar super sprawa ale mnie zaciekawiła jego zawartość, to takie zboczenie zawodowe, ciekawa jestem co, jak, ile i jak to smakuje, pozdrawiam cieplutko!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. może któryś kolejny wpis poświęcę opisowi jak zmajstrować topinamburową zupę

      Usuń
  9. Przydałby mi się taki gar - zaczynam gotować w 2 litrowym i kończę na 6 l..... A jak to cudo się robi ??

    OdpowiedzUsuń